30 czerwca 2015

Coś się kończy coś się zaczyna :)

 Ostatnie loty i uwagi spowodowały, że postanowiłam zapanować nad moimi nieuświadomionymi brakami w wiedzy, przez cały tydzień powtarzając zasady pilotażu i układając chaos w głowie. Znów szybko zbliżał się weekend, poszukiwania auta trwały, a ja wciąż bez transportu. Wyjazd na lotnisko stanął pod znakiem zapytania. Nie miałam od kogo pożyczyć auta, ani z kim się zabrać, im więcej przeszkód tym bardziej stawałam się zdeterminowana. Postanowiłam wypróbować PKP, bo połączenia wydawały się być przyzwoite. Z dworca w Rudnikach, miałam niecałe 2 km, idealny dystans na poranny spacer.  Budząc szare komórki, co chwilę spoglądałam w niebo, lecz ku mojemu zdziwieniu, nic nie latało mi nad głową, a powinno, bo pora była późna. Właśnie wychodziłam spośród pól i łąk na lotnisko, kiedy nad głową przeleciało mi coś dużego, żółtego i zdecydowanie nie był to szybowiec. Zastawiałam się czy będzie próbowało wylądować dokładnie na mnie, ale wysokość nie sugerowała, więc szłam dalej. Po chwili zza bujnej kukurydzy wyłoniła się reszta lotniska i okazało się, że pilot i owszem jednak próbował lądować, tyle że w miejscu nie przeznaczonym do lądowania dla samolotów, gdzie na płycie stały dwa szybowce i stado paralotni. W ostatniej chwili ominął całe towarzystwo, wylądował tuż za Kwadratem, po czym jak gdyby nigdy nic pojechał w poprzek pasa startowego do hangarów… Tego dnia najwyraźniej panował  niekorzystny biometr ;)
IMG_20150701_092952IMG_20150701_092725
Na kwadracie panowała niemrawa atmosfera, właściwie wszyscy coś robili, ale niewiele z tego wynikało. Niby słonecznie, a całe niebo pokryte chmurami, niby ciepło ale wilgotno… front atmosferyczny… Z racji, że byłam późno, moja kolejka do lotów była gdzieś w kosmosie, więc kiedy w końcu zaczęły się loty, równie “energicznie” co reszta, zabrałam się za pomaganie. Najpierw zerwała się jedna lina… potem druga, w dodatku dość wysoko, wyczepiona z szybowca końcówka ze spadochronikiem wylądowała w gęstym zbożu i ekipa szukała jej przez pół godziny… Potem niefortunnie w czasie transportu obie liny nałożyły się na siebie, o czym nie wiedzieliśmy. Kiedy szybowiec ruszył, wyciągarka pociągnęła również drugą linę. W porę zauważony problem, pilot szybowca od razu lądował, ale liny pocięły się obie na raz, w dodatku  w dwóch miejscach każda… Czekając na ponowne splecenie lin, snuliśmy  opowieści o przelotach, wymienialiśmy się wieściami z zawodów, przytaczaliśmy anegdotki, a czas uciekał…
IMG_20150701_092817IMG_20150701_092650
 W końcu doczekałam się swojego wznawiającego lotu z Instruktorem. Nie najpewniej czułam się w tej atmosferze, więc kilka głębokich oddechów i lecę. Na pierwszym zakręcie usłyszałam, że proszę jak dobrze latam, a w to nie wierzę, o… jaki idealny zakręt… no był idealny bo właśnie zdążyłam go poprawić… Uwaga zatkała mnie na tyle, że kolejny zakręt wzięłam ostro, ciasno, na dużych prędkościach i z dużym przechyleniem, bo się zagapiłam i przeleciałam miejsce w którym chciałam zakręcić… Instruktor filozoficznie stwierdził, że najwyraźniej potrzebowałam zaprezentować, że tak też potrafię latać… zaczęłam się tłumaczyć, przeleciałam znaki, pozycję z wiatrem zgłosiłam daleko w ciepłych krajach… i weź tu człowieku próbuj kobiecie dodać pewności w lotach… :)))))
 IMG_20150701_092555
Wracając z szybowca na Kwadrat, usłyszałam dobitnie, że bardzo dobrze latam i szkoda żebym się marnowała latając po kręgu, i nie są to uwagi, w celu dodania mi otuchy i pocieszenia mnie… mrmrmrrmr.. tak do mnie mów… chociaż i tak ciężko mi w to uwierzyć :)))))
 IMG_20150701_092918
Nie leciałam kolejnego lotu od razu, bo termika zaczynała się budzić, a kilka osób na nią czekało. Za to sporo było okazji do wymiany własnych spostrzeżeń i doświadczeń, co idealnie uzupełnia informacje od Instruktorów i te wyczytane w różnych źródłach. Nie bez znaczenia jest fakt, że omijam wtedy stres nie pytając się po raz milion jedenasty Instruktora o to samo :P
Wokół lotniska chmury zmieniały  konfiguracje, pojawiły się i deszczowe, warunki nie umiały się zdecydować jakie chcą być i w pewnym momencie wiatr który od jakiegoś czasu wiał nam całkiem w poprzek startu, odwrócił się i zaczął wiać od tyłu.  Przestawiać startu nie było sensu, wiatr nie był zbyt mocny  i zachodziła obawa, że za chwilę znów się odwróci, co zdarzyło się nam ostatnio i przestawialiśmy się dwa razy… Mariusz stwierdził, że w takich warunkach mnie nie puści na lot samodzielny, mnie zaczynała się migrena i kurczył czas do odjazdu pociągu… Pogodziłam się z faktem, że dzisiaj już nie polecę… Wtedy wtrącił się los  o mieniu Robert :)  Dowiedziawszy się, że tak naprawdę brakuje mi tylko jednego lotu, postanowił nie odpuszczać… Podszedł do mnie i powiedział przekonywującym głosem: “Zawiozę Cię na dworzec, ale teraz polecisz”… Osłupiałam, nie miałam siły się przestawiać teraz na lot, więc zajęczałam rozdzierająco… “Robert, ale mnie głowa boli” … “gdzie Cię boli głowa, jak się uśmiechasz? :P“. No fakt w porównaniu do tego jak mnie czasem boli, to rzeczywiście czułam się jak młody bóg… spróbowałam inaczej “ale jest porywisty tylno-boczny wiatr”…  niestety w tym momencie oboje spojrzeliśmy na rękaw, który najwyraźniej postanowił przestać współpracować i wisiał nieruchomo w postaci wymiętolonego flaka, ewidentnie obwieszczając brak jakiegokolwiek wiatru. “Znów słońce mnie będzie radzić”… ale Robert użył swoich mocy Jedi “Lecisz dzisiaj ten lot”…  Zrobiłam wielkie oczy i poleciałam…
 IMG_20150701_092041
Lot jak lot, średnio go sobie rozplanowałam, niby na dole nie wiało, ale na górze już tak idealnie nie było, zastanawiałam się czy przy lądowaniu będzie mi wiać w ogon, w sumie okazało się że nie, ale z wysokościami nie za dobrze się ustawiłam, na prostej widziałam przelot… Nagle się uspokoiłam i powiedziałam sobie w nosie to mam!  Nie będę lecieć dziobem stromo w ziemie, dusić na siłę lądowania żeby dwa metry za daleko nie przyziemić… lotnisko wykoszone, jest gdzie lądować, najwyżej od razu wskoczę na kawę przy wyciągarce :P.  Tego mi było trzeba. Idealnie nie było, ale pierwszy raz na spokojnie przymierzyłam się do lądowania, łagodnie podprowadziłam szybowiec do załamania, bez szarpania za stery, a potem leciałam na wytrzymaniu, jak mi się wydawało całe wieki i wreszcie poczułam o co chodzi  z tym dobieraniem drążka… szybowiec spokojnie wytracił sobie prędkość i wysokość i delikatnie puknął kółkami o ziemię… Z wrażenia przez moment nie otwierałam hamulców, możliwe, że sugerowałam się wciąż chęcią dojechania pod wyciągarkę :P. Zanim wysiadłam z szybowca, potrzebowałam chwilę żeby do mnie dotarło… matko i córko nauczyłam się lądować!!!
IMG_20150701_091909
Koledzy którzy przyjechali  po szybowiec traktorem, na pytanie jak wrażenia z lądowania, przytaknęli, że pozytywnie i wreszcie poczułam się z siebie dumna :))) Na Kwadracie była radość, gratulacje, bo właśnie zaliczyłam podstawówkę i uzyskałam 3 klasę wyszkolenia… Zdjęć z lotów niestety nie miałam żadnych, bo cały Kwadrat w emocjach oglądał mój lot i  lądowanie. Najwyraźniej oto rozpoczęła się moja kariera pilota pokazowego :P
IMG_20150701_091728IMG_20150701_093122
Niestety pociąg nie chciał czekać, w takiej chwili musiałam rzucić wszystko i jechać… w pośpiechu zapomniałam zrobić jeszcze jakiegoś miliona rzeczy, a i tak  Robert odwiózł mnie do Częstochowy, bo do Rudnik nie miałam szans zdążyć.
IMG_20150701_092304
Wracałam pociągiem, ale duszą byłam daleko, lecąc gdzieś pod szlakiem cumulusów…

25 czerwca 2015

Leniwe Ósemki

IMG_7364m 
Po moim pierwszym samodzielnym locie miałam sporo przemyśleń, w dodatku odkryłam, że ciut słabo widzę w okularach nie mówiąc już o tym, że przydałyby mi się czasem okulary przeciwsłoneczne. Zafundowałam sobie w związku z tym komplet soczewek i postanowiłam wypróbować. Jechałam do Rudnik z duszą na ramieniu, czekały mnie kolejne samodzielne loty, a ja nie czułam się zbyt pewnie. Na lotnisku przywitał mnie wiatr i radośnie podrygująca termika, z czego cieszyli się wszyscy szybownicy na Kwadracie, oprócz mnie :P. Pierwszy lot z Instruktorem, potwierdził dokładnie to co przewidywałam, wieje, rzuca, w górę, w dół i na boki, ale szkła kontaktowe nawet w miarę się sprawdziły. Może to się wydawać dziwne, bo w szkłach teoretycznie widzi się lepiej, ale mnie jednak teraz coś w nich przeszkadza ;/. Lądowanie takie sobie, szału nie było... Poleciałam jeszcze drugi lot, trochę lepiej, ale miałam okropne przekonanie, że nie umiem lądować i chyba wychodzi mi to przypadkiem. Zostałam sama w szybowcu, bardziej z uczuciem konieczności niż euforii. Swój lot mogę określić zdaniem „tańcząca z termiką po pijaku” :P. Bujało mną już na wyciągarce, potem wcale nie było lepiej :P. Po wyczepieniu miałam spory zapas wysokości, więc rozszerzyłam sobie krąg, żeby spokojnie tą wysokość wytracić. W połowie prostej po drugim zakręcie nagle przydusiło mnie tak mocno, że stwierdziłam, że to będzie jednak krąg trzyzakrętowy i lecę do lądowania od razu… zanim doleciałam do znaków podniosło mi szybowiec nadrabiając stratę i jeszcze dodając parę metrów, a ja już byłam prawie na finiszu… więc jednak zrobiłam tylko niecałe 90 stopni odciągnęłam się nieco po trzecim zakręcie ale i tak lądowałam średnio, chociaż jakiegoś wielkiego przelotu nie zrobiłam. Kolejny lot mniej już nerwowy, lepiej rozplanowany z zapasem na wybryki natury, ale zmęczył mnie i zrobiłam sobie przerwę, tym bardziej, że w kolejce czekali następni uczniowie, zwłaszcza na upragnioną termikę, którą ja akurat mogłam sobie spokojnie darować. W połowie dnia przyszło nam hangarować szybowce, nadciągała deszczowa nawałnica. Na dobry omen wyciągarka została w polu, a my jak jeszcze nigdy dotąd wylądowaliśmy gremialnie na obiedzie. Przejaśniło się, więc maniacy pozbierali się z powrotem na start.
IMG_7342m
Kolejne loty, kolejne osoby i nagle zrobił się wieczór w dodatku ciemnawy, bo chmury zgęstniały. Nad lotnisko nadciągała chmura burzowa. Komunikat o CeBeku - dla mnie znanego głównie z legend. Chociaż nie jedną burze przeżyłam na jeziorach, w szybowniczych opowieściach wydawał się nieco bardziej tajemniczy… Piloci na kolejnych szybowcach lecieli loty hangarowe. Postanowiłam zakończyć dzień pozytywnie i wepchałam się do kolejki na Bocianie. Zostały dwie liny więc akurat dla mnie, żeby dokończyć loty samodzielne i hangarowy lot Bocianem, na który miałam lecieć z drugim Instruktorem. Leciało mi się bardzo przyjemnie, zadowolona z siebie i z wykonanego planu, odetchnęłam z ulgą, że ta część nauki już za mną, czekałam na Instruktora. Zapakowani do szybowca, czekaliśmy na start. Szybowiec ruszył, nagle jednak wyciągarka stanęła, zaryliśmy nosem w ziemię, opadło skrzydło wyrwane z ręki wypuszczającej szybowiec osobie - przynajmniej tak mi się wydawało, więc wyczepiłam się natychmiast, wyciągarka wznowiła ciąg, a lina poleciała sama :P. Zanim przywieźliśmy ją z powrotem, zrobiło się już całkiem czarno po jednej stronie lotniska i trochę nerwowo, ale i tak najszybszym sposobem na przetransportowanie szybowca do hangaru był lot… Wystartowaliśmy, Kwadrat zaczął się zwijać, a my na samej górze spotkaliśmy się prosto twarzą w twarz z legendarnym CeBekiem. Na szczęście po wczepieniu przestaliśmy dla niego wyglądać jak piorunochron ( szybowiec na starcie to taki latawiec na lince z przeczepioną na dole kupą żelastwa w postaci wyciągarki ) Przed nami i z dwóch stron ściana deszczu zaledwie kilkaset metrów od nas. Instruktor zawrócił, ale to był bardzo porządny CeBek, bardzo ładnie nosił i zasysał, możliwe, że powinnam się denerwować bardziej, ale szybowiec był w dobrych rękach :). Teraz dopiero poczułam co to jest noszenie i turbulencje powietrza… wow! do tej pory to popierdółki były, a nie turbulencje. Uczucie było jedyne w swoim rodzaju, bo prędkość i położenie szybowca zmieniały się bardzo szybko… Bardzo się cieszyłam, że to nie ja pilotuję, bo lekko nie ogarniałam rzeczywistości i w sumie nie do końca wiedziałam czy my będziemy latać w tej burzy czy wręcz przeciwnie próbujemy się z niej wydostać ;) Krótkie wyjaśnienie z zza pleców, że jednak się ewakuujemy, kilka manewrów później i ponad sto metrów wyżej wylecieliśmy z nieprzyjemnego regionu. Ten początek zrobił na mnie spore wrażenie, później już w hangarze dowiedziałam się, że tak naprawdę to ten CeBek był jeszcze daleko… no to ja sobie wyobrażam co byłoby gdyby był bliżej :P. Kiedy burza została za nami i szła sobie bokiem, mnie pozostało już rozkoszować się lotem… Po drodze do hangaru zrobiliśmy kilka głębokich zawijasów, noszących wdzięczną nazwę Leniwych Ósemek.. pytanie czy się nie boję pominęłam wzgardliwym milczeniem... bosz… jak ja chciałabym umieć już tak panować nad szybowcem! Bocian szedł jak po sznurku, nawet nie drgnął, wszystkie siły rozłożone idealnie, pięknie składał się w każdym zakręcie, płynnie przechodził z manewru w manewr… trzymałam ręce i nogi na sterach ale nie próbowałam nawet zapamiętać cokolwiek, po prostu chłonęłam ten lot całą duszą… przed oczami raz miałam błękitne niebo, raz zieleniejące się pola, przepływający szybko horyzont… poezja… poezja… poezja… i szybowcowy balet… Błysnęło nam za plecami raz, potem drugi, moje niewinne uwagi na temat tego zjawiska lekko ubawiły Instruktora, ale tak czy siak czas był żeby zbliżyć się do hangarów… Lądowaliśmy w samą porę. Wyskoczyliśmy z szybowca i zaczęli upychać go w hangarze, było ciężko, bo hangar zapchany po drzwi, jeszcze gościnnie uszkodzona Cesna na środku… Trzeba było wjechać cyrklem czyli po wjechaniu częścią szybowca do hangaru obrócić go w miejscu. Zaczynało kropić, a my musieliśmy cofnąć cały szybowiec - nie wszedł za pierwszym podejściem, przeszkadzała wyciągarka.. śpieszyliśmy się, drewniany szybowiec nie powinien moknąć w ulewie… Druga próba, skrzydła zmieściły się nad Cesną i pod drugim szybowcem. Bocian nieźle już był mokry, tak jak i my zresztą. Jak tylko wsunęliśmy dziób pod dach za wrotami lunęło, a chwilę później spadła ściana gradu… Suszyliśmy Bociana, co chwilę wykręcając ścierki. Śmialiśmy się i przekrzykując hałas od nawałnicy roztrzaskującej się o blaszany dach hangaru, opowiadaliśmy o swoich lotach… Przy okazji Robert – Instruktor z którym leciałam lot hangarowy w świeżym spojrzeniu na moje latanie wyłapał parę moich błędów i nagle dotarło do mnie, że zapomniałam o niezmiernie istotnym elemencie lądowania… Oczywiście, to wszystko słyszałam już od mojego Instruktora i to nie jeden raz, przypomniałam to sobie natychmiast, słuchając uwag… ale… w tym całym nawale informacji i stresu nie zapamiętałam najwyraźniej wszystkiego… Teraz jednak widok Roberta tłumaczącego dobieranie drążka w ostatniej fazie lądowania z równoczesnym wdzięcznym kręceniem biodrami nie pozwali mi już o tym zapomnieć… :))))) Kiedy deszcz zelżał, przenieśliśmy się do szybowcówki, przyszło podliczyć loty… Wtedy okazało się, że nie umiem liczyć do czterech… wzięłam jeden lot z Instruktorem za samodzielny i do skończenia podstawówki brakło mi jednego lotu… takie widać przeznaczenie… że miałam to robić na milion rat…

24 czerwca 2015

nie idź za mną
zgubisz się w labiryncie moich kłamstw
nie chcę żebyś znał prawdę o mnie
by coś dla ciebie znaczyć
nie możesz przejść na drugą stronę
a ja chcę wszystko albo nic

ukrywam w cieniu rzęs
własne myśli
nie usłyszysz ich choć szepcze je wiatr
możemy stać obok siebie
lecz nie patrząc w jedną stronę
nie da się iść ramię w ramię

wiem nasze ścieżki biegną obok siebie
na krótki czas
jak przebłysk słońca przez chmury
na skradzionym skrawku błękitu
chowam się przed deszczem pod twój parasol
nim zmiecie go grad


16 czerwca 2015

Up she goes !

IMG_7408m
Czas do samodzielnych lotów skurczył mi się do godziny zero, więc w pędzie załatwiałam ostatnie niezbędne formalności. W pracy wymieniałam się dyżurami, żeby móc wcześniej odebrać godziny, umówiłam się na lotnisku na „zdanie Bociana”, pożyczyłam auto od brata i w gorący piątek popędziłam prosto na lotnisko. Na trawie przed hangarem stały szybowce szykowane do lotów… byłam w domu… Przepytana z rozkładania i składania szybowca z radością wracałam do domu ciesząc się na loty. Niestety wieczorna wymiana smsów z moim Instruktorem odebrała mi nadzieję. Weekend zapowiadał się zbyt gorący, a temperatura uniemożliwiała prowadzenie lotów szkolnych. Z ciężkim sercem szłam spać, z przeświadczeniem, że ten tydzień mam stracony…  Po koszmarnie długiej, gorącej sobocie, czekaniu na jeden mały sms, że latamy… w czasie której trudno było mi znaleźć sobie miejsce w Niebieskim Domku. Nie pocieszała mnie nawet „Meteorologia dla szybownictwa”. Wieczorna nawałnica obudziła we mnie nadzieję na ochłodzenie i na loty następnego dnia. Niedzielny poranek powiał chłodem, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca, ale wiele rzeczy nie zależy tylko ode mnie… Zgodnie z zasadą, bycia przygotowanym na wszystko, wyciągnęłam mamę rano do lokalnego Kościoła na Mszę i uprzedziłam, że ja jednak zabiorę auto i podjadę na lotnisko... Myślałam sobie, trudno, jeśli nawet zastanę tam pustki to chociaż pooddycham tym powietrzem, postoję obok szybowców w hangarze… Byłam na Mszy bardziej ciałem niż duchem, przybita i zrozpaczona, niepewna czy uda się w tym tygodniu polatać… Nagle tknęło mnie przeczucie ( moja komórka jest na granicy wyzionięcia ducha i niestety nie działają w niej ani dzwonek ani powiadomienia :P ) i sięgnęłam do torebki. Czekała na mnie upragniona wiadomość. „Latamy dzisiaj, dojedziesz?”
Pierwsze loty z Instruktorem, nastawiłam się na trening przed samodzielnymi i postanowiłam, iż żadna siła nie wypchnie mnie dopóki sama nie zdecyduję, że mogę lecieć :). Mariusz się rozgadał w szybowcu jak nigdy ostatnio i czułam pismo nosem, że szykuje mnie na egzamin… “O tu sobie sprawdzasz wysokość i zobacz możesz sobie rozciągnąć krąg, pamiętasz nie?, trochę sobie podleć dalej żebyś na spokojnie wyszła na prostą do lądowania…” Po kolejnym locie Mariusz po prostu wysiadł z szybowca i zawołał na kwadrat „Jacek polecisz z nią na egzamin?” ZAMARŁAM, nie żebym nie widziała, że taka jest kolej rzeczy, ale to był właśnie TEN Instruktor, który strzelił tydzień temu innemu uczniowi, że nie nadaje się do latania… w ogóle się nie nadaje jego zdaniem… Trzy głębokie oddechy, kilka przekleństw pod nosem, pomyślałam co będę owijać w bawełnę. „Jacek, może dobrze, że lecisz ze mną, od razu mi powiesz, że się nie nadaję, zaoszczędzę”, „Może nie będzie tak źle” uśmiechnął się szeroko…
Start, a mnie szybowiec zaczyna tańczyć, chociaż pogoda bezwietrzna, co jest grane? Słyszę z tyłu „Trzęsą Ci się nogi i ruszasz sterem kierunku, dlatego Ci lata szybowiec, spokojnie”… i wtedy mi puściło… nie żebym całkiem przestała się denerwować tym lotem, ale doszłam do wniosku, że to kolejna świetna okazja do podszkolenia się, bo inny Instruktor widzi moje latanie inaczej i na pewno da mi wiele dobrych wskazówek… i tak było. Po pierwszym locie dużo wartościowych uwag, w dodatku nie taki diabeł straszny, anielska cierpliwość moim zdaniem :). Drugi lot egzaminu skupiłam się maksymalnie, myślę, teraz wszystko poprawię… lecę mam pod 200 metrów wysokości i nagle koniec ciągu.. wczepiłam się i ustawiłam szybowiec, spojrzałam w dół a wyciągarkę i lekko zbaraniałam.. po kilku sekundach dotarło do mnie dopiero, że właśnie testowana jestem z sytuacji awaryjnych, akurat jak zawracałam na kręgu dwuzakrętowym… Trzeci lot dostałam ekstra, Jacek zabrał mnie na swoje „popierdółki”, ponieważ uważa, że trzeba pokazać uczniowi, że panuje nad szybowcem… Ciorał tym Bocianem we wszystkich kierunkach do granic przeciągnięcia, a ja wyprowadzałam szybowiec na prostą, na koniec miałam za zadanie podciągnąć szybowiec jak w przeciągnięciach statycznych do granicy minimalnej prędkości… leciałam 55 - 60 km na godzinę i czułam jak odrywają się strugi powietrza na dziobie… bardzo przydał mi się ten lot, czułam się po nim wniebowzięta.
Po lądowaniu Instruktor wysiadł z szybowca, powiedział najważniejsze dla mnie wtedy zdanie „dopuszczam do lotów samodzielnych” i pytanie czy chcę lecieć.. TAK!!!! Zamknęłam kabinę, poleciałam po mojej szybowcowej check liście, podniosłam rękę, kolega który mnie wypuszczał podniósł skrzydło szybowca… lina naprężyła się, szybowiec ruszył… Było jak za pierwszym moim lotem… kiedy tylko oderwałam się od ziemi, poczułam euforię… mogłam tak lecieć do końca świata…
Lądowałam w stronę zachodzącego słońca, słabo widziałam podejście, rozhuśtałam trochę szybowiec przy ziemi, przyprawiając o kolejne siwe włosy dwóch Instruktorów na Kwadracie naraz .. wtedy dotarło do mnie, że to ja lecę i ja ląduję… w radiu usłyszałam spokojny głos Jacka „powoli uspokój drążek otwieraj hamulce”, tonem jak na herbatce u Królowej Angielskiej… opanowałam się, skupiłam i wylądowałam… :) Mam szczęście… trafiłam na najlepszych Instruktorów na świecie i mam zaj… Anioła Stróża :) Nie leciałam kolejnych lotów, pewnie wiele osób by jednak poleciało, ale słońce było coraz niżej, wiedziałam, że będę mieć ograniczoną widoczność, w dodatku z emocji rozkręcała mi się migrena… doszłam do wniosku, że za dużo jak na moje niewielkie doświadczenie potencjalnych możliwości popełnienia błędu i zakończyłam ten dzień na euforycznych wykrzyknikach… wśród uśmiechów Instruktorów i kolegów z Kwadratu :)
Ale Bóg miał dla mnie jeszcze prezent… Kiedy wróciliśmy do portu, za kolejnym nawrotem między autem z rzeczami a szybowcówką podniosłam wzrok,  na progu stał… MACIEK POSPIESZYŃSKI !!!!!!!!!!! Uścisk dłoni Mistrza Świata akrobacji szybowcowej unlimited był najwspanialszym prezentem po moim pierwszym samodzielnym locie!


Oh! Say! Let us fly, dear
Where, kid? To the sky, dear
Oh you flying machine
Jump in, Miss Josephine
Ship ahoy! Oh joy, what a feeling
Where, boy? In the ceiling
Ho, High, Hoopla we fly
To the sky so high

Come Josephine in my flying machine
Going up she goes! Up she goes!
Balance yourself like a bird on a beam
In the air she goes! There she goes!
Up, up, a little bit higher
Oh! My! The moon is on fire
Come Josephine in my flying machine
Going up, all on, Goodbye!

One, two, now we're off, dear
Say you pretty soft, dear
Whoa! dear don't hit the moon
No, dear, not yet, but soon
You for me, Oh Gee! you're a fly kid
Not me! I'm a sky kid
See I'm up in the air
About you for fair

Come Josephine in my flying machine,
Going up she goes! Up she goes!
Balance yourself like a bird on a beam
In the air she goes! There she goes!
Up, up, a little bit higher
Oh! My! The moon is on fire
Come Josephine in my flying machine
Going up, all on, Goodbye!

Come Josephine in my flying machine,
Going up she goes! Up she goes!
Balance yourself like a bird on a beam
In the air she goes! There she goes!
Up, up, a little bit higher
Oh! My! The moon is on fire
Come Josephine in my flying machine
Going up, all on, Goodbye!

14 czerwca 2015

W moim Niebieskim Domu…

“W dziurawym bucie mieszka mysz.
Nieźle go nawet urządziła.
Nigdy nie mówię jej "a kysz!"
I ona też jest dla mnie miła. ,
Bywa, że wpadnie po sąsiedzku
pożyczyć chleba albo sera,
albo pogadać o czymkolwiek,
kiedy samotność nam doskwiera.”

IMG_7441mIMG_7414m

W Niebieskim myszy jest zatrzęsienie, a na strychu mieszka kuna :)

IMG_7431m
“W moim magicznym domu
wszystko się zdarzyć może.
Same zmyślają się historie,
sam się rozgryza orzech.
W moim magicznym domu.
ciepło jest i bezpiecznie.
Gościu znużony, gościu znudzony,
jeśli zabłądzisz kiedyś w te strony,
zajrzyj tu do nas koniecznie.”

IMG_7416m

“Przedstawię ci Macieja kota;
fascynujący z niego facet.
Całymi dniami tkwi w fotelu
i lekceważy każdą pracę.
Lecz niewątpliwą ma zaletę:
gdy spływa wieczór granatowy,
on słodko mruczy wprost do ucha
najbardziej senne bossa novy.”

IMG_7417m

Killer również staje na wysokości zadania :)

IMG_7420M

“W moim magicznym domu
wszystko się zdarzyć może.
Same zmyślają się historie,
sam się rozgryza orzech.
Licho śpi w kącie cicho
i zegar tyka serdecznie.
Gościu znużony, gościu znudzony,
jeśli zabłądzisz kiedyś w te strony,
zajrzyj tu do nas koniecznie.“

IMG_7418MIMG_7422m

“Tutaj nikt z nikim się nie liczy,
gazet nie czyta, plotek nie słucha.
Tutaj jest miło i przytulnie,
chociaż na świecie zawierucha
Chociaż w powietrzu wciąż coś fruwa
głupieje z wiekiem stara Ziemia,
lecz w moim domu, chwała Bogu.
nic mimo zmian tych się nie zmienia.“

IMG_7443m
“W moim magicznym domu
dzięki Ci, mądry Boże,
same zmyślają się historie,
sam się rozgryza orzech.
W moim magicznym domu.
ciepło jest i bezpiecznie.
Gościu znużony, gościu znudzony,
jeśli ci kiedyś będzie po drodze,
zajrzyj tu do nas koniecznie.”

IMG_7445m

Można na przykład spotkać łosia.. tuż za swoją furtką :) Zaskoczenie było obopólne :) Z wrażenia nie przestawiłam nastawień aparatu… i łoś zniknął w oddali jak senna zjawa :) 

IMG_7429mmm

Teks piosenki Hanny Banaszak “W moim magicznym domu “



12 czerwca 2015

Zamotana w trawy

Kiedy po dwudziestu paru latach, okazuje się, że sen o którym się śniło możliwy jest do zrealizowania, czekanie choćby i jeszcze jeden dzień wydaje się męką… Nie lubię czekać, tęsknić, obijam się o ściany, ale kiedy chodzi o największą miłość mojego życia... To co przydusza, ściska za gardło to niepewność..

DSC01668m

Spędziłam długi weekend na lotnisku, trzy długie dni, testujące moją cierpliwość, moją determinację…Piątek, upał, każdy się gdzieś tam trochę wykręcił na termice, my nie… dwa loty w plecy, niestety wiatr przyciskał nas na starcie niemiłosiernie, za nisko, żeby  zacząć kręcić korkociągi. “Holówka” niedostępna, dzień ucieka… wieczorem startujemy z najdłuższej liny, wyciągarka przestawia się dla nas specjalnie. Wskakujemy na wyżebrane metry, nie ma czasu na oddech, na zastanowienie się, odchodzimy w bok i od razu Mariusz wprowadza szybowiec w korkociąg… kręcimy się dwie zwitki może trzy, wystarczy żebym zdążyła się zachwycić. Pokazowe wyprowadzenie, przeciążenie większe niż do tej pory- bardzo dziwne uczucie, ale do wytrzymania, nie miałam czasu analizować sytuacji, bo metry uciekają, więc zwitka korkociągu  w drugą stronę i wyprowadzam już ja. Kiedy szybowiec jest już w normalnej pozycji, trzęsą mi się kolana, tyle we mnie jest adrenaliny, przydaje się od razu, bo wchodzimy w spiralę w jedną stronę, w drugą ..i koniec …ej… czemu ? Drugi lot, kręcimy korki i spirale, trochę przeciążeń dynamicznych, już  wiem, że to kocham…  Nie ma jednak czasu tak naprawdę na naukę… czuję przeraźliwy niedosyt…

DSC01650M

Euforia trwa krótko, na wieczornej odprawie, jedna z osób dowiaduje się, że wg Instruktora nie nadaje się do latania samodzielnego … i nie nie będzie się nadawać ... nigdy… najlepiej jeżeli da sobie spokój, może latać jako pasażer, drugi pilot, ale nie sama… W takich chwilach ciężko nie brać podobnej sytuacji do siebie. Zostaję na lotnisku sama, ze swoimi myślami, ze słowami już mojego Instruktora do mnie. Przegryzam. Czy ja potrafiłabym żyć już bez latania?

DSC01656M

Sobota, upał coraz większy, wiatr boczny ponad wszelkie normy do lotów szkolnych, czekam… jeżdżę z linami dla bardziej zaawansowanych lotów, opalam się pod wyciągarką, czekam na wieczorne loty, niestety nagle dowiaduje się, że uczniowie którzy właśnie latają, zbierają manatki i po południu nie będzie miał mi już kto pomóc wypuścić szybowiec do lotu.., trafia mnie ciężki szlag, ale na szczęście na lotnisku jest ekipa na która zawsze można liczyć … nabieram znów oddechu.  Zamiast przerwy obiadowej zbieramy się gremialnie na ślub naszego kolegi –Instruktora :) Jako niespodziankę chłopaki ustawiają przed kościołem szybowiec :) Pan Młody zachwycony, zamiast zdjęć na schodach, zdjęcia przy szybowcu :))))

DSC01661M

Wieczorem doczekałam się lotów. Kiepścizna, wiatr niewiadomo skąd… w końcu wiadomo skąd, kompletnie z tyłu. W ramach lotów doskonalących przerabiam latanie z tylnym wiatrem - start i lądowanie jakbym lądowała w dodatku w terenie przygodnym, bo na lotnisku wykoszony tylko nizbędny kawałek … Daje radę, ale zachwycona nie jestem, czuje że potrzebuje jeszcze polatać. Tymczasem przed wieczornym  grillem, słyszę, że mam następnego dnia lecieć samodzielne.

DSC01662m

Ciemną nocą idę sama na środek lotniska. Nade mną morze gwiazd. Ciepły wiatr kołysze dżunglą nieskoszonej trawy. Nie ma znaczenia jak bardzo się boisz… tylko to co zrobisz ze swoim strachem.

DSC01653m

W niedzielny ranek nawet wsiadłam do szybowca, zrobiłam dwa loty, zebrałam opierdol że się denerwuję niepotrzebnie… ( co tam że musze się zmieścić z lądowaniem przed trawą po pas, wiatr na starcie zwiewa mnie w okolice sąsiedniego miasta, termika ciora mi szybowcem, a ja mam wizję, że na swoim samodzielnym ląduję w poprzek pasa startowego samolotów:P ). Podobno beznadziejnie mi szło, ale jak zwykle nie zgadzam sie z oceną swojego Instruktora.. szło mi dramatycznie źle w powietrzu, bo rzeczywiście się denerwowałam, głównie tym lądowaniem ale… ! . Ponoć nie jestem orłem, ponoć nie mam prawa nawet umieć lądować na celność, ale kurde zmieściłam się na tym małym wykoszonym  pasie i nie wjechałam w trawę :P TARAM!    I nawet złamałam i  unosiłam się nad ziemią jako ten kwiat lotosu :P no moze nie była to idealnie spokojna talfa jeziora ale... :P I jestem z siebie  zarąbiście dumna ! O!

DSC01660m

Chciałam dalej latać, poprawić to złe wrażenie jakie zostawiłam na psychice Mariusza :P , ale i boczny wiatr i upały przekraczały granice przyzwoitości.. Tak więc nie poleciałam sama… wciąż….

02 czerwca 2015

Kilka kroków obok śmierci

 
Zbliżał się weekend, a ja nie miałam czym dojechać na lotnisko, bo Złote Cudo zamieniło się w Złoty Złom i przestało pełnić swoją funkcję. Uratował mnie brat, pożyczając swoje cztery kółka. Uratował, bo po dwóch tygodniach nie latania czułam po prostu, że nie przeżyje, jeżeli nie wsiądę do szybowca…
Dzień zapowiadał się fatalnie, chmury przykrywały kożuchem niebo i siąpiło, ale skoro postanowiliśmy latać, to nie było takiej opcji, żeby zmienić zdanie ;). Śpieszyliśmy się z wyciagnięciem szybowców i ustawieniem kwadratu, każda minuta była cenna, bo w południe meteo zapowiadało Armagedon. Odprawę zrobiliśmy pod skrzydłem, bo już zaczynało zacinać deszczem. Przy okazji dowiedziałam się ze w razie co, przy lądowaniu patrzy się przez małe okienko z boku jeśli leje a kokpit jest cały od deszczu.. wycieraczek nie ma :P. Wyciągarka dojechała na swoje miejsce, pozostało jedynie założyć spadochrony i ... lecieć :) W którymś momencie kiedy kolejny raz przerwaliśmy na chwile starty, żeby schować się do samochodów i przeczekać kolejną falę deszczu, mój Instruktor cały w uśmiechach rzucił w przestrzeń retoryczne pytanie: „czy my jesteśmy normalni?”.
Wiatr oczywiście szalał. Wiał z boku, potem z drugiego, potem w ogóle skądinąd nie mówiąc o tym że na każdej wysokości wiał sobie inaczej. Zdałam sobie wtedy sprawę że Mariusz miał jednak rację.. rzeczywiście przyzwyczajona od początku siłą rzeczy do trudnych warunków atmosferycznych ( na początku straszliwie jojczyłam, dlaczego nie mogę mieć do nauki idealnej pogody ) tego dnia przyjmowałam je ze stoickim spokojem .. żaden, najbardziej pokręcony wiatr nie był już w stanie zrobić na mnie wrażenia. Warunki idealne bo ja akurat miałam ćwiczyć awaryjne loty. Cały dzień był jedną wielką awarią więc zaliczenie tego ćwiczenia można było zrobić bez specjalnych wysiłków w wymyślaniu ;) . Oswoiłam to czego najbardziej się obawiałam, znów Mariusz miał rację - boimy się tego czego nie znamy.. i tak mój Instruktor urósł do rangi Guru od Szybowców.
Po kolejnym locie w którym przydusiło nas do ziemi wystarczająco żeby spaść niemal w miejscu kilka metrów, a kurz uniósł się z podłogi, lądowałam z bocznym wiatrem i nie szło mi to niestety sprawnie i bez potknięć. Za późno prostowałam, spóźniona byłam kilka metrów wysokości z fazami lądowania i zaś spadłam zamiast łagodnie unosząc się nad ziemią przyziemić.. lekko podłamana usłyszałam Głos zza Pleców. „musze być z Tobą szczery.” , od razu przed oczami stanęły mi wszystkie błędy i aż jęknęłam.. uprzedzając wypadki zrezygnowanym głosem odpowiedziałam .”wiem jestem beznadziejna” , Głos zza Pleców ze śmiechem dopowiedział „to był bardzo dobry lot” .. hmmmm… czy my na pewno lecieliśmy tym samym szybowcem ?
***
Zostało mi jeszcze kilka lotów do skończenia „podstawówki”, ale tym razem jechałam pomagać przy targach. Czuje się emocjonalnie uzależniona od lotniska i samo przebywanie na nim ładuje mnie pozytywną energią. Po nerwowym tygodniu w którym próbowałam uruchomić Złoty Złom zaczęłam mieć wrażenie deja vu. Wciąż słyszałam że to jakiś czujnik, albo przewody, albo kopułka.. a silnik po prostu sobie gaśnie... dokładnie tak samo jak moim poprzednim aucie Oplu o kryptonimie MiG… Różnica polega jednak na tym, że teraz powiedziałam stop dwa lata szybciej :P . Jakby nie patrzeć były to dwa lata intensywnej nauki co do czego służy w silniku, aż zagadka niewyjaśnionego gaśnięcia została w końcu rozwiązana.. jakieś spore pieniądze za późno.. i auto powędrowało na złom. Nie zmieniło to jednak faktu, że obrypane i przerdzewiałe auto o wdzięcznej nazwie Złote Cudo, którego jedyną i ważna zaletą miał być rzekomo silnik w idealnym stanie, przestało działać po niecałym roku użytkowania, a zupełnie nieistotne „zapalanie się jakiejś dziwnej lampki” zwiastowało katastrofę. Przy tej informacji w trakcie kupna też mi się zaświeciła lampka w mojej własnej głowie, niestety nie posłuchałam swojej intuicji… Tak czy siak znów stoję przed koniecznością zakupu czegoś jeżdżącego.. tym razem w desperacji jestem o wiele większej bo serce ciągnie 85 km od domu... 
Szczęście się do mnie uśmiechnęło , miałam transport, dotarłam na targi … Zadowolona leciałam w podskokach do „Szybowcówki” czyli strategicznego pokoju dowodzenia , gdzie trzymane są wszystkie nasze papiery. Niestety mój Guru od Szybowców z miejsca złamał mi serce, bo powiedział, że będę pomagać na stoisku, a nie na Kwadracie. Na stoisku średnio była potrzebna pomoc i gdyby się coś nie rozkręciło to chyba bym z rozpaczy wciskała ludziom ulotki do gardeł na siłę i przemocą.. . Robiłam właśnie za gońca kiedy ulitował się nade mną kolega i zabrał mnie na Kwadrat „bo tam jest za mało ludzi i jestem potrzebna” . Najbardziej potrzebna byłam do uśmiechania się do oczekujących na loty zapoznawcze i zagadywania ich na śmierć, jeżeli nieopatrznie zadali jakieś pytanie :), a że zmieniali się dość szybko, to nikt ich nie był w stanie przede mną ostrzec hehehe. Na Kwadracie oczywiście odzyskałam spokój ducha i porzuciłam myśl o rychłym samobójstwie z powodu braku kontaktu chociażby wzrokowego z szybowcem. Dorwałam się do pomocy przy wypuszczaniu szybowców, przyjechała moja dobra koleżanka z synkiem , a przywiezione przez nią ciasto z rabarbarem zaprowadziło mnie do najwyższych bram raju.
Dla odmiany po południu zrobiło się nieciekawie i szybowce ściągaliśmy w deszczu. Nic nam jednak nie przeszkodziło w hangarowej szumnie zapowiadanej imprezie, z której zmyłam się w połowie bo najzwyczajniej w świecie padłam na pyszczur. Nie bez znaczenia był też fakt że chciałam się wyspać bo istniała szansa ze następnego dnia jednak polatam :)
W niedzielę od rana nie było już mowy o zsyłaniu mnie na banicję, więc wybaczyłam mojemu Guru ten nietakt z dnia poprzedniego :P . Wypuszczałam szybowce, zagadywałam na śmierć chętnych na loty, i chłonęłam atmosferę ... przyjechali kolejni moi znajomi, chętni na lot zapoznawczy, więc pojechałam do portu. Wtedy zaszło słońce i wszystko ucichło.
Na niebie zwinęła się parolotnia i chwilę później słyszałam przez radio wzywane o pomoc. Zamarliśmy. Wstrzymano wszystkie loty. Wpatrzeni w jeden punkt lotniska, czekaliśmy aż ktoś powie że jednak wszystko jest w porządku. Nie było.
Przyjechała karetka. Potem przyleciał śmigłowiec ratunkowy. Pomyślałam że skoro wyzwali śmigłowiec to jest niedobrze, ale jest nadzieja.. Śmigłowiec odleciał jednak pusty. Chwile później dostaliśmy informacje że młody człowiek, mąż i ojciec, dobry kolega, paralotniarz akrobata – nie żyje.
Zwoziliśmy szybowce w ciszy, pod hangarem na krótkiej odprawie usłyszałam „W lotnictwie zawsze ginęli ludzie i zawsze będą. Trzeba pogodzić się, że tak jest i trzeba zrobić wszystko żebyśmy to nie byli my” Przypomniały mi się słowa byłego pilota MiGów, który podobnie mówił o szkoleniu wojskowych pilotów. Kiedy dowódca mówi, że z tej misji prawdopodobnie z waszej piątki wróci tylko trzech , każdy z pilotów myśli „żal mi moich kolegów” i zrozumiałam.. że ja też zaczynam tak myśleć, Jak inaczej, znaleźć w sobie tyle odwagi, by kolejny raz wzbić się powietrze …