31 sierpnia 2016

Rozwijam skrzydła


Niebieski domek to takie kameralne miejsce, mój mały świat z przyjemnością dzielony z wpadającymi tu na "poczytanie" osobami. Wiele razy słyszałam, czasem też piszecie w komentarzach, że miło się czyta to co piszę. Mimo to, nie wychodziłam do tej pory "w świat" ze swoim blogiem, poza jednym epizodem brania udziału w konkursie Onetu dawno temu. Głównie dlatego, że z założenia to bardziej pamiętnik, bez przewodniego tematu, w którym nie poruszam spraw światowych, modnych, na topie. Moja przeprowadzka na wieś,  rozciągnęła się w czasie wybitnie i chyba nawet ja nie pamiętam już, że była  powodem powstania bloga. Wyobrażałam sobie wtedy, jak mozolnie i z radością opisuję remont starego, drewnianego domu, zakładanie warzywniaka i opowieści o moich wybitnie inteligentnych kurach włóczących się po podwórku. Gdzieś tam marzyłam też o hucułach wyżerających jabłka z kieszeni. Była też koza. Koniecznie. Na razie wciąż jednak dalej mi do mieszkania na wsi niż bliżej, chociaż jest to moim marzeniem wielkim.
Pewne zdarzenia zmieniają jednak wszystko, stają się cezurą, odmieniają na tyle mocno, że zaczynamy patrzeć na świat już jako inne osoby. Dla mnie stało się tym latanie.
Miłość mojego życia, która przyszła późno, ale nie straciła nic ze swej intensywności, słodkości i radości. Wręcz przeciwnie. Myślę, że teraz doceniam to o wiele bardziej, niż gdybym jako nastolatka dostała ją na tacy. Nagle przeszkody przestały mieć znaczenie, a ja jadąc na lotnisko fruwam nad asfaltem z motylami w żołądku.
Chciałabym wykrzyczeć całemu światu jak szczęśliwa jestem teraz. Chciałabym powiedzieć każdemu: za nic nie zapominaj o swoich marzeniach!  Tak jak każdy zakochany chciałabym mówić o tym całemu światu. Blog stał się małym grajdołkiem, miłym i przytulnym, ale nie wystarczającym żeby zadręczać wszystkich w około opowieściami o lataniu. Tak oto powstała strona bloga na jednym z portali społecznościowych, który dla mnie ma wystarczająco zalet, by na nim przebywać. Wszystkich którzy również bywacie w tym miejscu, zapraszam na stronę Niebieski Domek  na Facebooku.
Nie oznacza to, że przestanę pisać bloga, w żadnym wypadku, mój słowotok o lataniu jest bez końca, bez granic i bez umiaru…
Czy zapomniałam o Niebieskim ? O nie!  Nawet teraz więcej widzę w sobie siły, by zająć się tym trudnym tematem. 

26 sierpnia 2016

Niemozliwe - zrealizowane. Jestem pilotem !

Zmęczenie, totalne zmęczenie, a ja mam ochotę tylko spać. Dopadło mnie już kiedyś  takie zmęczenie: kiedy obroniłam dyplom z architektury. Pamiętam poszłam wtedy  po wszystkim do mojej przyjaciółki, usiadłam żeby wszystko opowiedzieć i … usnęłam. Nie miałam siły cieszyć się spełnieniem marzenia mojego życia - zostaniem architektem. Wczoraj siedziałam przy stole z naszym egzaminatorem, z kolegą który również zdawał i oczy zamykały mi się nad obiadem. Odpłynęła ze mnie cała adrenalina, stres, niepewność, całe dwa sezony napięcia i skupienia, tak bardzo było ważne dla mnie to szkolenie. Nie mam siły się cieszyć, skakać z radości. To był dla mnie bardzo duży wysiłek, emocjonalny, fizyczny, finansowy. Włożyłam w to całą siebie z  sercem, umysłem i ciałem. Ostatnia prosta do egzaminu to był bieg z przeszkodami, jakby jakieś złośliwe dziadostwo skumulowało wszystkie siły żeby mnie powstrzymać. Nie da się. Można mnie zatrzymać na chwilę, utrudnić, ale mam w sobie siłę, upór, wytrwałość. Powoli zaczyna do mnie docierać. Dokonałam czegoś, co przez 40 lat uważałam za absolutnie niemożliwe do zrealizowania.

Jestem pilotem szybowca  


Tak od końca do samego początku …

To już zdjęcie w trakcie egzaminu. Gustowne różowe nakrycie głowy dedykuję Larsonowi, obiecałam mu, że zacznę latać w dziwnych rzeczach na głowie, bo ciągle zapomina o zamówionym przeze mnie szybowcowym kapelusiku ;). Czapka, czapką, ale bez Larsona, nie dotarłabym do tego punktu. Nie pozwolił mi się poddać, kiedy wszystko szło mi źle.

 zdjęcie Patrycja Pacak 

Zdjęcia z cudownego przelotu do licencji. Robert, specjalnie wziął urlop z pracy, żebym zdążyła zrobić przelot w tym sezonie. Poleciał ze mną chociaż warunki pokazywały, że wystarczy ich jedynie na termikę nadlotniskową. Na przelocie momentami kręciliśmy się na 30 centymetrach na sekundę, wykorzystując termikę znad skupiska szklarni… Dał radę! Przez całe szkolenie podtrzymywał mnie na duchu, dodawał wiary w to, że nauczę się latać.  


Pati, najpierw poznałam jej nazwisko na liście startowej w mistrzostwach akrobacji szybowcowej, myślałam, ale byłoby super ją poznać, a teraz z nią latam! Dzięki niej uwierzyłam w siebie.


Jacek, kiedy przyszedł czas, po prostu wykopał mnie gniazda. Tak mentalnie. Zrobiłam wielkie oczy, stanęłam na krawędzi i poleciałam. Kiedy dopadaja mnie wątpliwości, wciąż to robi, a ja lecę. Czasami po prostu potrzebuję, żeby ktoś mnie popchnął swoją wiarą we mnie.

zdjęcie Krzysztof Dusza EPRU Spotting Team

Mariusz … latał ze mną w szybowcu, kiedy jeszcze nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Dzięki niemu zaczęły mi rosnąć skrzydła.

zdjęcie Rober Szyszko

 EPILOG

Moim egzmainatorem do licencji pilota szybwocowego był Pan Pułkownik Józef Laszczak. 

Leciałam szybowcem z prawdziwym pilotem MiG ów !!!!!!

11 sierpnia 2016

To ja !!!


powrót z termiki samodzielnej
zdjęcie Krzysztof Dusza z EPRU Spotting Team :) Dziękuję :)

08 sierpnia 2016

Głosy w mojej głowie

Po pochmurnej i deszczowej sobocie, przyszła niedziela z masą postrzępionych przez wiatr cumulusów. Do ideału wiele im brakowało, ale jak się przesiedziało wcześniej prawie cały dzień w szybowcówce tylko po to, żeby się karnąć po kręgu kiedy na chwilę przestało mżyć deszczem, to darowanemu koniowi i te sprawy.  W pierwszej kolejności startowały jednostery, na przeloty i dalsze termiczne wojaże. Niektóre niestety szybko wracały, niektóre meldowały o mocno poszarpanych, nierównych kominach i o tym, że trzeba się napracować. Moja nadzieja na zrobienie tego dnia termiki zaczynała topnieć. Wcześniej latałam Bocianem, który powiedzmy sobie szczerze lata sam, jeżeli mu się za bardzo nie przeszkadza, teraz miałam lecieć Puchaczem, którym jeszcze na termikę nie latałam i chociaż taki sam szybowiec i też ma dwa skrzydła, to trochę wzbudzał mój niepokój fakt, że wcześniej Larson na Puchaczu mnie nie bardzo chciał puścić. Do tego trudne warunki, a ja przecież początkująca. Trochę marudziłam sobie pod nosem, że za cienka w uszach jestem i wtedy w obroty wzięła mnie Kasia z Jackiem. Kasia, która przyjechała do nas gościnnie, nie mogła mnie nadzorować, ale jej rzeczowe uwagi i konkretne omówienie warunków od razu rozjaśniły mi w głowie. Jacek się nie patyczkował i zapytał wprost „a jak ty się czujesz żeby lecieć?” Ku mojemu zaskoczeniu zdałam sobie sprawę, że czuję się absolutnie świetnie. Wpakował mnie więc do Puchacza, polecił opiece holownika i ruszyłam. Daniel, zakumplowany pilot samolotu odrobił za mnie pierwsze zadanie idealnie, zostawiając mnie w miłym, szerokim jak na ten dzień kominie z przyzwoitym noszeniem 2m/s.
Tuż przed wczepieniem zaczęłam słyszeć głosy w mojej głowie…
Najpierw odezwała się Patka:  pamiętaj jak wczepiasz się w kominie to odchodzisz po kręgu  w stronę komina, wtedy go nie zgubisz, samolot poleci na zewnątrz. Zrobiłam jak kazała. Za chwilę odezwał się Jacek, przypominając, żebym pierwszego komina w trudnych warunkach nie centrowała zbyt gorliwie, bo możliwe, że go wcale nie wycentruję, a tylko stracę czas i metry. Kasia przypomniała: dzisiaj ciasno i pod dużym kątem. Tak też krążyłam skoncentrowana maksymalnie. Zawzięłam się, żadne takie odpuszczam sobie, bo jest trudno, zrobię tą termikę i już! Trudno było naprawdę. Puchacz, w przeciwieństwie do Bociana, jest normalnie wrażliwy na stery, więc każdy ruch sterami od razu daje reakcję szybowca. Wygenerowałam sobie dzięki temu trochę więcej turbulencji niż natura w tym dniu przewidziała. Zresztą mocny wiatr i nierówne kominy też dały mi popalić. Ponieważ byłam zostawiona w dobrym punkcie, nanosiło mnie w kierunku lotniska, postanowiłam więc wykręcić jak najwięcej wysokości w pierwszym kominie, na zapas, do znajdowania następnego i przeskoki. Dokręciłam się na 1300 m, znalazłam się nad Wartą i to był już najwyższy czas, żeby poszukać innego komina. Krążąc rozejrzałam się po niebie. Wybierz ze trzy warianty, gdyby pierwsza chmura cię nie zabrała, podszeptywał Jacek. Znalazłam kilka ciemnych podstaw blisko siebie i poleciałam w ich kierunku. Pierwszy cumulus mnie zignorował, drugi również, trzeci okazał się łaskawszy i zaczęłam krążyć. W trakcie przeskoku przeanalizowałam sytuację na niebie. Trzymanie się północno zachodniej strony lotniska od nawietrznej strony, które słusznie zalecała mi Kasia, było w tym momencie nieosiągalne, musiałam przeczekać, aż kolejna porcja cumulusów doleci z wiatrem na tyle blisko bym mogła je dosięgnąć. Na daną chwilę były zbyt daleko jak na możliwości moje i Puchacza. Nasuwający się szlak bardzo kusił, ale musiałam poczekać.
Pozostawało mi trzymać się zawietrznej, na której ładnie pracowały podstawy i uważać, żeby za daleko się nie oddalić. W myślach przeliczałam na szybko wysokość na odległość od lotniska, pamiętając, że będę wracać pod wiatr, bo Larson trąbił mi już w uszach  „gdzie lecisz nad te wsie, tu nie ma pól do lądowania, pilnuj wysokości!” Znalazłam miły, dobrze noszący komin, byłam tak zaaferowana, żeby nie rzucać się w nim szybowcem, obserwowaniem szybowców które krążyły w kominach obok, że dokręciłam 1650 metrów i nagle pojawiły się obok mnie kłaki chmur. Potępiająca cisza wszystkich Instruktorów w mojej głowie… tak… nie latamy po kłakach…„zanurkowałam” w dół żeby nie dać się dalej wciągać w kierunku chmury.  Wiesz, do tego używa się hamulców - Larson pilnował skrupulatnie wszystkich moich technicznych potknięć. Nawet Wam nie napiszę ile miał uwag w krążeniu…  


Jeżeli myślicie, że drugi Robert  się mojej głowie nie odzywał, to jesteście w błędzie.. cały czas mi gadał ( bo on gadułą jest) że jak się postaram to na przelot polecimy, więc mam się starać bardziej!
Wiedziałam co mi powie, zresztą wiedziałam, że powie mi to realnie każdy Instruktor na ziemi, ale musiałam zrobić sobie sweet focie lecąc sama w szybowcu na tej wysokości!  Szybko przekonałam się, że zrobienie sobie zdjęcia komórką,  równocześnie pilotując szybowiec, najwyraźniej jest stanem do którego jeszcze nie dorosłam. Stres z powodu wizji, że za chwilę ta komórka wyleci mi z ręki, wpadnie pod siedzenie i do ogona,  zablokuje stery… chwilowo zniechęcił mnie do dokumentowania moich podniebnych wyczynów.


"Latanie nie polega tylko na kręceniu kominów, rusz się trochę nad tym lotniskiem", rzucił luźno Jacek.  Poleciałam do moich ulubionych wiatraków pod wiatr, z nadzieją na przeskoczenie do szlaku cumulusów, nic z tego. Mijałam rozpadające się kłaki, wysokość topniała, trzeba było się skoncentrować. Od razu Kasia przypomniała mi rozmowę sprzed startu, kiedy w ramach przygotowania naziemnego analizowałam sobie, które Cu będą prawdopodobnie nosić. Poszukałam wystających znad rozłożystych podstaw wypiętrzających się zdrowiutkich kłębów. Jest! Piękny cumulusik.  Dotarcie do niego kosztowało mnie kolejne 300 metrów utraty wysokości, ale było warto. Noszenie podochodziło do 4m/s ! Znów kręciłam maksymalnie, ale podstawy już się podniosły i wysokość 1600 m nie groziła wleceniem w odrywające się kłaki chmury.  Niedaleko mnie pojawiło się stado bocianów, kręciły swój komin, wokół nich po szerszym kręgu szybowiec. Dla mnie było to za dużo zmiennych jeszcze, więc obserwowałam tylko z daleka. Uśmiechnęłam się. W szybowcu siedziała doświadczona pilotka, ładnie, równiutko krążyła i pięła się w górę, jak dorosłe bociany u góry komina ze stabilnie rozłożonymi skrzydłami. Na dole młodzież próbowała go centrować z różnym skutkiem, co chwile „włączając silniki” i domachując skrzydłami, mozolnie zdobywała kolejne metry. Jak ja. Świadomość, że one za chwilę, będą musiały przelecieć tysiące kilometrów, a ja spokojnie mogę rozwlekać swoją naukę latania, zmobilizowała mnie bardziej.


Kiedy przez radio odezwał się do mnie realny głos, aż podskoczyłam. Puchacz 89 - Lima, widzisz mnie? Leć pod szlakiem, ładnie trzyma. Odklikałam w podziękowaniu. „Mój” szlak Cu wreszcie przypłynął w okolice lotniska. Podleciałam do niego, trochę tracąc wysokość, ale pod szlakiem noszenia były od 0 do 2 m/s, więc szybko odrobiłam straty. Latałam w poprzek lotniska po 5 km w każdą stronę i rzeczywiście ładnie trzymał, a ja sobie trochę poluzowałam, odpuścił mi stres, wiedziałam, że już latam konkretny przedział czasowy i w zasadzie nie muszę utrzymywać się na siłę. Wtedy zrobiło się cicho w mojej głowie, a ja oddałam się całkowitej rozkoszy latania po niebie. W szybowcu bynajmniej cicho nie było, bo na tej wysokości przez radio słyszałam informacje z trzech lotnisk. W pewnym momencie zaczęli odzywać się nawet Czesi. Szlak cumulusów odpłynął majestatycznie, więc podleciałam w kierunku lasu, który kusił mnie ostatnio, po wschodniej części lotniska, znów topniała wysokość, podlatywałam do rozłożystego Cu i tylko się w myślach modliłam, niech mnie zabierze, niech mnie zabierze, nie bardzo chciał i może bym żałowała opuszczenia pewnej miejscówki po południowej stronie, ale generalnie chodzi o to żeby nauczyć się lecieć tam gdzie się chce, a nie tam gdzie akurat wiatr naniesie krążącego w jednym kominie. „Macałam” podstawę, w końcu wypatrzyłam obiecujący środek, tak to było to, znów przyjemna winda, 3 m/s momentami 4, szybko rosła wysokość. Przy okazji, odnosząc mnie znów od lotniska. Zawróciłam, przeskakiwałam od cumulusa do cumulusa, posiłkując się również wycentrowanymi kominami przez inne szybowce. Po drodze będąc po przeciwnej stronie i nieco wyżej, mogłam obserwować wyskakujących skoczków z naszego Gawrona. Zaczęłam czuć zmęczenie, upewniwszy się przez radio, że latam prawie dwie godziny, podjęłam decyzje o zejściu do lądowania. Zrobiłam sobie dwa szerokie kółka na około lotniska, podleciałam nad znaki i wleciałam na krąg nadlotniskowy.
Na ziemi buchnęła ze mnie radość  i zmęczenie jednocześnie. Radość była większa. Sporo mam do nauczenia się w lataniu, wciąż  jestem tym machającym skrzydłami w źle wycentrowanym kominie młodziakiem bociana, ale  kiedyś też polecę tak jak one - daleko przed siebie. 



02 sierpnia 2016

Plany te duże i te maleńkie

Nielotny weekend z powodu uziemienia z okazji Światowych Dni Młodzieży miałam zamiar spędzić zaszywając się w lesie. Po traumatycznej drodze, kiedy to zostałam zwyzywana przez własnego kota od podłych świń, narażającyh kota na śmierć, zamykając go w transporterze, którą to drogę prowadząc samochód jedną  ręką (  drugą musiałam miziać  kota, bo bez tego miziania natychmiast dostawał apopleksji, zawału i zapaści ) wyczerpana dotarłam na miejsce.
W Niebieskim przywitała mnie podwójna  tęcza. 


Dobrze, że oznacza nadzieję, bo Koci  Władca zaszył się w zakamarkach pod fotelem i za nic nie miał zamiaru opuścić kryjówki. Woda nie, jedzenie nie, na nic tłumaczenia, że przecież bywał tu w czasach swojego dzieciństwa. Ale to było wtedy. Teraz jest teraz i w dodatku po domu chodzą inni ludzie. Jak mogłam zrobić to swojemu ukochanemu, wypieszczonemu kotu ???  Nie pomagały pocieszenia Mundziola, który co jakiś czas wylizywał zfochowanego lokatora spod fotela i zachęcał do wyjścia na świat. Zrezygnowana  poszłam spać, podtykając jedynie w bliskości miski i pokazując umiejscowienie kuwety. (Prowizoryczna kuweta została skrytykowana tak, że nie wypada mi nawet tych słów przytaczać ;) )
W nocy dom dostarczył jednak wystarczająco dużo atrakcji, żeby przeprosić się z całym światem. Jedynie picie odbywało się z psiej miski... w cudzej misce woda ma lepszy smak.

Poranek przywitał nas mgliście, nie chciało się wychodzić spod puchowej kołdry.




Chciałabym już codziennie mieć o poranku taki widok za oknem 

W końcu zaczęło się zgodnie z przewidywaniami rozpogadzać. Po śniadaniu na ganku, przyszła pora na pomiary i trudne przemyślenia na temat remontu domu. Do pracy jak zwykle zagrzewała mnie wiara moich rodziców. „Nie wierzę, że kiedykolwiek wyremontujesz ten dom, przecież i tak wszystko wydajesz na szybowce” podsumował moje zapędy Tato. Przypomniałam mu, że z równą wiarą podchodzili do moich planów zostania przeze mnie architektem… Mama postanowiła powiedzieć coś pozytywnego. „Przeprowadzisz się jak nas już nie będzie” ekhm znaczy na jakąś późną starość, bo zakładam optymistycznie, że pożyją przynajmniej do setki. Zastanawiam się jakim cudem ja tyle osiągnęłam w życiu – zapewne z wrodzonej przekory … Równocześnie mam od razu usprawiedliwienie dlaczego tylu rzeczy nie osiągnęłam. Cóż za idealne zaplecze wsparcia psychologicznego.


Sprawę podgrzały emocje. Okazało się, że moje przeczucia i sny niekoniecznie okazały się bezpodstawne. W ciągu dnia, odwiedziło nas dwóch panów w strojach roboczych, w roboczym samochodzie z przyczepką pełną złomu, którzy rzekomo zabłądzili w okolicy. W trakcie mojego tłumaczenia, po zapytaniu o drogę, jak mogą dojechać do wsi, panu wyrwało się, że on bardzo dobrze zna las i trafi. Znamy takich miłych panów z wakacji. Kiedyś próbowali nam o trzeciej w nocy sprzedać węgorze wchodząc w tym celu do naszego namiotu przy przyczepie.


Duże plany najlepiej zaczynać od małych kroków, zwłaszcza kiedy szybka wycena prac remontowych zrzuca z krzesła. Dużo lepiej wygląda podzielona na części. Żeby zacząć remont potrzebuję sto części. Taaaak...Czas na relaks. Niestety plany o moczeniu się w baseniku okazały się równie realne jak natychmiastowe rozpoczęcie remontu. Pomimo wybrania minimalistycznego modelu, wciąż barakuje wody do jego napełnienia. Liczyłam na nawałnicę, która pojawiła sie zza lasu, jak tylko napompowałam basenowe cudo, ale musiałoby tak lać chyba przez nastepny tydzień. 

 
Nie należę jednak do osób, które się poddają. Część drugą planu wypełniłam w trzystu procentach. Przegoniło mnie z hamaka dopiero całkowite oberwanie chmury. 



Najwazniejsze,  że w końcu po wnikliwym przeglądzie,  uzyskałam akceptację moich planów osoby decyzyjnej. 









Z tej nieprzyzwoitej radości wybrałam już piec kuchenny, będzie idealnie pasował do kuchennych mebli i stołu, które czekają na renowację w piwnicy. Zdjęcie firmy w której piec znalazłam 



*
*
*
epilog

eeeeeeee, czekaj czekaj... ile powiedziałaś, że będzie nas kosztował ten remont????