04 listopada 2018

Odbiłam się od dna

Najpierw było zdecydowanie gorzej. Mundek od dłuższego czasu miewał załamania zdrowia, udawało się go z nich wyprowadzać, ale tak naprawdę przyczyna pozostawała nieznana. Po czerwcowym kolejnym epizodzie „z niczego”, kiedy teoretycznie wszystko szło w dobrym kierunku, odnowił mu się guz na szyi, ropa w uszach, a zaraz potem przestał chodzić. Wszystko działo się tak szybko, że właściwie nie wychodziłam z gabinetu weterynaryjnego. Podejrzenia były najgorsze, o nieuleczalnego guza, zwłaszcza że usg wykazało również ślady na narządach wewnętrznych i chociaż sprawa z nimi się wyjaśniła, to odnawiający się guz stawiał to wszystko w nowym świetle. Tak jak szybko się zaczęło, tak szybko tym razem pojawiła się diagnoza, na coś przydało się moje doświadczenie. Borelia i anaplasma, cóż, w sumie gryzą nas te same kleszcze. Nie byłam zbyt zdziwiona, po bo mojej diagnozie objawy psa stały się aż nadto oczywiste. Nie miałam czasu zajmować się sobą, cała moja uwaga skierowała się na psa. Także całe moje finanse. Biopsja guza przyniosła dobre wieści, nic poważnego, zwykła cysta. Niestety wątroba ledwo żyła, po tygodniu leczenia antybiotykiem, Mundziol zaczął zbliżać się do krawędzi. Weterynarze rozłożyli ręce. Przekopałam bez mała pół Internetu, zaczęłam go leczyć sama – ziołami.

Jakby tego było mało, w końcu po oficjalnym ponagleniu, dostałam warunki zabudowy dla Niebieskiego - odmowne.

Wszystko to spowodowało, że swoje badania zrobiłam dość późno, rozpoczęcie leczenia też mi się przesunęło. Starałam się w tym wszystkim ogarnąć i pokończyć fuchy i sprawy które miałam w pracy.
   
Kiedy już ledwo dawałam radę, to po powrocie z pracy, w czwartek gdy akurat siedzimy do 18, zastałam kompletnie zniszczoną połowę mieszkania. Poszedł odpowietrzacz na głównym pionie c.o. (mieszkam na ostatnim piętrze). Pół mieszkania zalane, kanapa z pufami po prostu bagno, parkiet przetransformował się w górzyste tereny.  To była przysłowiowa kropla. Przelało mi się.

Prawdopodobnie bez moich przyjaciół, do dzisiaj stałabym nad tym parkietem w niemej rozpaczy, niezdolna do zrobienia już czegokolwiek. Właściwie parkiet zrywała dwa dni moja przyjaciółka, bo ja przez jakiś czas kompletnie niezdolna byłam do działania. Wsparcie i to duchowe i całkiem fizyczne pomogło mi się pozbierać.  

Moje ziołolecznictwo zaczęło przynosić efekt i u mnie i u psa. Napisałam odwołanie od decyzji Niebieskiego, pismo o odszkodowanie do spółdzielni, pokończyłam jakimś cudem wszystkie fuchy.
Jednak na efekty przeciążenia stresem nie trzeba było długo czekać i tuż przed wylotem dopadł mnie jakiś potężny wirus. Ostatnie sprawy w pracy kończyłam z gorączką.
Napchana ziołami tak, że powinnam chyba świecić, domknęłam walizkę wypchaną lekami. Nie spóźniłam się na odprawę – też dzięki przyjaciółce. Nadałyśmy bagaż, odebrałyśmy karty pokładowe, zapakowałyśmy się do przytulnego Boeinga i poleciały do Maroka.  



19 sierpnia 2018

Wszystko się zmienia...

Zaczęło się od trzęsienia ziemi. Zaraz po zrobieniu licencji i powrocie z Bezmiechowej dwa lata temu dopadło mnie coś czego nie byłam w stanie zidentyfikować badaniami aż do teraz. Potworne bóle stawów, nie mogłam chodzić, potem koszmarne zmęczenie, momentami czułam się jakby mi się czas kończył. Masa specjalistów, nic w wynikach badań poza przewlekłym stanem zapalnym. W końcu zdecydowałam się posłuchać podpowiedzi mojej lekarz rodzinnej, zrobiłam kosztowne badania prywatnie. Mam diagnozę. Przewlekła borelioza. Choroba której nie uznaje oficjalne stanowisko zamurowanych lekarzy. Długo by pisać. Streszczając, w końcu trafiłam do lekarza ILADS, (w Polsce uważa się ich za szarlatanów, chociaż w USA to w tej chwili  jedyne wytyczne do leczenia boreliozy, po tym jak IDSA zostało skompromitowane - u nas wciąż jedyne i " nieomylne"). Czeka mnie prywatne leczenie. Udało mi się zmienić pracę, bo w obecnej nie byłoby mnie stać na leki. Zaczynam od grudnia. Nie mogę latać, objawy są zbyt intensywne i nie mam pełnej sprawności psychofizycznej w powietrzu. Mogę z drugim pilotem - w tym wypadku z instruktorem, ale to niestety podwaja koszty latania i już jest dramat. Jestem rozbita. Klienci wydzwaniają, ja nie mam siły pracować po etacie ( teraz żeby pokryć leczenie i kolejne potrzebne badania pracuję po etacie ). Na plus albo minus, przed diagnozą podpisałam umowę na wyjazd na urlop do Maroka, dodatkowe obciążenie finansowe, przy leczeniu - mega, nie ma sensu rezygnować, bo i tak muszę już zapłacić całość.  Po wizycie u lekarza wszystko zaczęło się układać. Moje powracające regularnie problemy ze zdrowiem, podobne objawy, których nie dało się przypisać do niczego. Cofając się w czasie odnalazłam pierwszy objaw po którym wszystko zaczęło mi się kiełbasić 15 lat temu. Szok. W sumie jednak skoro dawałam radę do tej pory to teraz też sobie poradzę. Czekają mnie jeszcze badania na koinfekcje, bo kleszcz nie przenosi tylko boreliozy. Sama Borelioza jest nieuleczalna. Zalecza się i wycisza objawy i liczy na to, że nie zaatakuje ponownie.  Całe moje życie po raz kolejny wywróciło się do góry nogami. Wierzę, że po to żeby znów zdarzyło się coś dobrego. Tęsknię za niebem.



05 czerwca 2017

Tiny garden :)

W tym roku sezon szybowcowy rozkręcał się słabo, głównie wtedy kiedy ja a) pracowałam, b) chorowałam. Wreszcie w miniony weekend dorwałam się do szybowca. Nie ma jednak tego złego, więcej weekendów spędzanych w domu i  w tym roku znów mogę się cieszyć balkonowym ogrodem. Na razie same początki, ale sprawa jest rozwojowa :). Mogę już jednak posiedzieć, wypić dobrą herbatę i pochłaniać zieleń oczami Niektórą zresztą już nie tylko , Pierwszą konsumpcję ja i moje kanarki mamy za sobą :)

widoki przy herbacie

poziomki na śniadanie baaardzooo dobre


niedługo będzie kolorowo


zdrowo jest mieć w diecie strączkowe :)

zioła ...

zobaczymy czy z tych panów coś urośnie - ogórki

relaks

work in progress

01 maja 2017

szlaki cumulusów

Wreszcie po perypetiach rozpoczęłam sezon szybowcowy. Chociaż temperatura i silny wiatr próbowały odstraszać, to szlaki cumulusów po horyzont ściągnęły wszystkich na lotnisko.









Na koniec dnia, czekało mnie fantastyczne spotkanie, najpierw w powietrzu, potem na ziemi przy składaniu szybowca  z dwiema fanastycznymi dziewczynami: Anną Michalak i Haliną Rynkowską, które już za momencik będą brały udział w Szybwcowych Mistrzostwach Świata Kobiet w Zbrasłwicach w klasie satndard i przyjechały troche potrenować do Rudnik.



26 marca 2017

chmurzaste wyzwania

Zamiast na lotnisku, siedzę w domu i próbuję dogonić rzeczywistość. Tak już mam. Być może, na starość, w końcu ogarnę to niezrozumiałe dla mnie i pozaziemskie zachowanie określane mianem "systematycznośći". Na razie się na to nie zanosi. W przerwie dla ratowania własnej psychiki małe wyzwanie. Nigdy nie umialam rysować zieleni. Moi prowadzący na studiach załamywali ręcę, a jeden z nich upracie twierdził, że mam jakieś chore wizje wybuchających stacji benzynowych. Najwyraźniej rysowanie chmur podlega tej samej kategorii. Biorąc pod uwage jednak, że w najbliższym czasie planuję chmurom przyglądać się bardziej intensywnie, jest nadzieja. Możliwe, że kiedys nawet ogarnę zasady stawiania przecinków. Wszystko przede mną . :)