11 sierpnia 2016

08 sierpnia 2016

Głosy w mojej głowie

Po pochmurnej i deszczowej sobocie, przyszła niedziela z masą postrzępionych przez wiatr cumulusów. Do ideału wiele im brakowało, ale jak się przesiedziało wcześniej prawie cały dzień w szybowcówce tylko po to, żeby się karnąć po kręgu kiedy na chwilę przestało mżyć deszczem, to darowanemu koniowi i te sprawy.  W pierwszej kolejności startowały jednostery, na przeloty i dalsze termiczne wojaże. Niektóre niestety szybko wracały, niektóre meldowały o mocno poszarpanych, nierównych kominach i o tym, że trzeba się napracować. Moja nadzieja na zrobienie tego dnia termiki zaczynała topnieć. Wcześniej latałam Bocianem, który powiedzmy sobie szczerze lata sam, jeżeli mu się za bardzo nie przeszkadza, teraz miałam lecieć Puchaczem, którym jeszcze na termikę nie latałam i chociaż taki sam szybowiec i też ma dwa skrzydła, to trochę wzbudzał mój niepokój fakt, że wcześniej Larson na Puchaczu mnie nie bardzo chciał puścić. Do tego trudne warunki, a ja przecież początkująca. Trochę marudziłam sobie pod nosem, że za cienka w uszach jestem i wtedy w obroty wzięła mnie Kasia z Jackiem. Kasia, która przyjechała do nas gościnnie, nie mogła mnie nadzorować, ale jej rzeczowe uwagi i konkretne omówienie warunków od razu rozjaśniły mi w głowie. Jacek się nie patyczkował i zapytał wprost „a jak ty się czujesz żeby lecieć?” Ku mojemu zaskoczeniu zdałam sobie sprawę, że czuję się absolutnie świetnie. Wpakował mnie więc do Puchacza, polecił opiece holownika i ruszyłam. Daniel, zakumplowany pilot samolotu odrobił za mnie pierwsze zadanie idealnie, zostawiając mnie w miłym, szerokim jak na ten dzień kominie z przyzwoitym noszeniem 2m/s.
Tuż przed wczepieniem zaczęłam słyszeć głosy w mojej głowie…
Najpierw odezwała się Patka:  pamiętaj jak wczepiasz się w kominie to odchodzisz po kręgu  w stronę komina, wtedy go nie zgubisz, samolot poleci na zewnątrz. Zrobiłam jak kazała. Za chwilę odezwał się Jacek, przypominając, żebym pierwszego komina w trudnych warunkach nie centrowała zbyt gorliwie, bo możliwe, że go wcale nie wycentruję, a tylko stracę czas i metry. Kasia przypomniała: dzisiaj ciasno i pod dużym kątem. Tak też krążyłam skoncentrowana maksymalnie. Zawzięłam się, żadne takie odpuszczam sobie, bo jest trudno, zrobię tą termikę i już! Trudno było naprawdę. Puchacz, w przeciwieństwie do Bociana, jest normalnie wrażliwy na stery, więc każdy ruch sterami od razu daje reakcję szybowca. Wygenerowałam sobie dzięki temu trochę więcej turbulencji niż natura w tym dniu przewidziała. Zresztą mocny wiatr i nierówne kominy też dały mi popalić. Ponieważ byłam zostawiona w dobrym punkcie, nanosiło mnie w kierunku lotniska, postanowiłam więc wykręcić jak najwięcej wysokości w pierwszym kominie, na zapas, do znajdowania następnego i przeskoki. Dokręciłam się na 1300 m, znalazłam się nad Wartą i to był już najwyższy czas, żeby poszukać innego komina. Krążąc rozejrzałam się po niebie. Wybierz ze trzy warianty, gdyby pierwsza chmura cię nie zabrała, podszeptywał Jacek. Znalazłam kilka ciemnych podstaw blisko siebie i poleciałam w ich kierunku. Pierwszy cumulus mnie zignorował, drugi również, trzeci okazał się łaskawszy i zaczęłam krążyć. W trakcie przeskoku przeanalizowałam sytuację na niebie. Trzymanie się północno zachodniej strony lotniska od nawietrznej strony, które słusznie zalecała mi Kasia, było w tym momencie nieosiągalne, musiałam przeczekać, aż kolejna porcja cumulusów doleci z wiatrem na tyle blisko bym mogła je dosięgnąć. Na daną chwilę były zbyt daleko jak na możliwości moje i Puchacza. Nasuwający się szlak bardzo kusił, ale musiałam poczekać.
Pozostawało mi trzymać się zawietrznej, na której ładnie pracowały podstawy i uważać, żeby za daleko się nie oddalić. W myślach przeliczałam na szybko wysokość na odległość od lotniska, pamiętając, że będę wracać pod wiatr, bo Larson trąbił mi już w uszach  „gdzie lecisz nad te wsie, tu nie ma pól do lądowania, pilnuj wysokości!” Znalazłam miły, dobrze noszący komin, byłam tak zaaferowana, żeby nie rzucać się w nim szybowcem, obserwowaniem szybowców które krążyły w kominach obok, że dokręciłam 1650 metrów i nagle pojawiły się obok mnie kłaki chmur. Potępiająca cisza wszystkich Instruktorów w mojej głowie… tak… nie latamy po kłakach…„zanurkowałam” w dół żeby nie dać się dalej wciągać w kierunku chmury.  Wiesz, do tego używa się hamulców - Larson pilnował skrupulatnie wszystkich moich technicznych potknięć. Nawet Wam nie napiszę ile miał uwag w krążeniu…  


Jeżeli myślicie, że drugi Robert  się mojej głowie nie odzywał, to jesteście w błędzie.. cały czas mi gadał ( bo on gadułą jest) że jak się postaram to na przelot polecimy, więc mam się starać bardziej!
Wiedziałam co mi powie, zresztą wiedziałam, że powie mi to realnie każdy Instruktor na ziemi, ale musiałam zrobić sobie sweet focie lecąc sama w szybowcu na tej wysokości!  Szybko przekonałam się, że zrobienie sobie zdjęcia komórką,  równocześnie pilotując szybowiec, najwyraźniej jest stanem do którego jeszcze nie dorosłam. Stres z powodu wizji, że za chwilę ta komórka wyleci mi z ręki, wpadnie pod siedzenie i do ogona,  zablokuje stery… chwilowo zniechęcił mnie do dokumentowania moich podniebnych wyczynów.


"Latanie nie polega tylko na kręceniu kominów, rusz się trochę nad tym lotniskiem", rzucił luźno Jacek.  Poleciałam do moich ulubionych wiatraków pod wiatr, z nadzieją na przeskoczenie do szlaku cumulusów, nic z tego. Mijałam rozpadające się kłaki, wysokość topniała, trzeba było się skoncentrować. Od razu Kasia przypomniała mi rozmowę sprzed startu, kiedy w ramach przygotowania naziemnego analizowałam sobie, które Cu będą prawdopodobnie nosić. Poszukałam wystających znad rozłożystych podstaw wypiętrzających się zdrowiutkich kłębów. Jest! Piękny cumulusik.  Dotarcie do niego kosztowało mnie kolejne 300 metrów utraty wysokości, ale było warto. Noszenie podochodziło do 4m/s ! Znów kręciłam maksymalnie, ale podstawy już się podniosły i wysokość 1600 m nie groziła wleceniem w odrywające się kłaki chmury.  Niedaleko mnie pojawiło się stado bocianów, kręciły swój komin, wokół nich po szerszym kręgu szybowiec. Dla mnie było to za dużo zmiennych jeszcze, więc obserwowałam tylko z daleka. Uśmiechnęłam się. W szybowcu siedziała doświadczona pilotka, ładnie, równiutko krążyła i pięła się w górę, jak dorosłe bociany u góry komina ze stabilnie rozłożonymi skrzydłami. Na dole młodzież próbowała go centrować z różnym skutkiem, co chwile „włączając silniki” i domachując skrzydłami, mozolnie zdobywała kolejne metry. Jak ja. Świadomość, że one za chwilę, będą musiały przelecieć tysiące kilometrów, a ja spokojnie mogę rozwlekać swoją naukę latania, zmobilizowała mnie bardziej.


Kiedy przez radio odezwał się do mnie realny głos, aż podskoczyłam. Puchacz 89 - Lima, widzisz mnie? Leć pod szlakiem, ładnie trzyma. Odklikałam w podziękowaniu. „Mój” szlak Cu wreszcie przypłynął w okolice lotniska. Podleciałam do niego, trochę tracąc wysokość, ale pod szlakiem noszenia były od 0 do 2 m/s, więc szybko odrobiłam straty. Latałam w poprzek lotniska po 5 km w każdą stronę i rzeczywiście ładnie trzymał, a ja sobie trochę poluzowałam, odpuścił mi stres, wiedziałam, że już latam konkretny przedział czasowy i w zasadzie nie muszę utrzymywać się na siłę. Wtedy zrobiło się cicho w mojej głowie, a ja oddałam się całkowitej rozkoszy latania po niebie. W szybowcu bynajmniej cicho nie było, bo na tej wysokości przez radio słyszałam informacje z trzech lotnisk. W pewnym momencie zaczęli odzywać się nawet Czesi. Szlak cumulusów odpłynął majestatycznie, więc podleciałam w kierunku lasu, który kusił mnie ostatnio, po wschodniej części lotniska, znów topniała wysokość, podlatywałam do rozłożystego Cu i tylko się w myślach modliłam, niech mnie zabierze, niech mnie zabierze, nie bardzo chciał i może bym żałowała opuszczenia pewnej miejscówki po południowej stronie, ale generalnie chodzi o to żeby nauczyć się lecieć tam gdzie się chce, a nie tam gdzie akurat wiatr naniesie krążącego w jednym kominie. „Macałam” podstawę, w końcu wypatrzyłam obiecujący środek, tak to było to, znów przyjemna winda, 3 m/s momentami 4, szybko rosła wysokość. Przy okazji, odnosząc mnie znów od lotniska. Zawróciłam, przeskakiwałam od cumulusa do cumulusa, posiłkując się również wycentrowanymi kominami przez inne szybowce. Po drodze będąc po przeciwnej stronie i nieco wyżej, mogłam obserwować wyskakujących skoczków z naszego Gawrona. Zaczęłam czuć zmęczenie, upewniwszy się przez radio, że latam prawie dwie godziny, podjęłam decyzje o zejściu do lądowania. Zrobiłam sobie dwa szerokie kółka na około lotniska, podleciałam nad znaki i wleciałam na krąg nadlotniskowy.
Na ziemi buchnęła ze mnie radość  i zmęczenie jednocześnie. Radość była większa. Sporo mam do nauczenia się w lataniu, wciąż  jestem tym machającym skrzydłami w źle wycentrowanym kominie młodziakiem bociana, ale  kiedyś też polecę tak jak one - daleko przed siebie. 



02 sierpnia 2016

Plany te duże i te maleńkie

Nielotny weekend z powodu uziemienia z okazji Światowych Dni Młodzieży miałam zamiar spędzić zaszywając się w lesie. Po traumatycznej drodze, kiedy to zostałam zwyzywana przez własnego kota od podłych świń, narażającyh kota na śmierć, zamykając go w transporterze, którą to drogę prowadząc samochód jedną  ręką (  drugą musiałam miziać  kota, bo bez tego miziania natychmiast dostawał apopleksji, zawału i zapaści ) wyczerpana dotarłam na miejsce.
W Niebieskim przywitała mnie podwójna  tęcza. 


Dobrze, że oznacza nadzieję, bo Koci  Władca zaszył się w zakamarkach pod fotelem i za nic nie miał zamiaru opuścić kryjówki. Woda nie, jedzenie nie, na nic tłumaczenia, że przecież bywał tu w czasach swojego dzieciństwa. Ale to było wtedy. Teraz jest teraz i w dodatku po domu chodzą inni ludzie. Jak mogłam zrobić to swojemu ukochanemu, wypieszczonemu kotu ???  Nie pomagały pocieszenia Mundziola, który co jakiś czas wylizywał zfochowanego lokatora spod fotela i zachęcał do wyjścia na świat. Zrezygnowana  poszłam spać, podtykając jedynie w bliskości miski i pokazując umiejscowienie kuwety. (Prowizoryczna kuweta została skrytykowana tak, że nie wypada mi nawet tych słów przytaczać ;) )
W nocy dom dostarczył jednak wystarczająco dużo atrakcji, żeby przeprosić się z całym światem. Jedynie picie odbywało się z psiej miski... w cudzej misce woda ma lepszy smak.

Poranek przywitał nas mgliście, nie chciało się wychodzić spod puchowej kołdry.




Chciałabym już codziennie mieć o poranku taki widok za oknem 

W końcu zaczęło się zgodnie z przewidywaniami rozpogadzać. Po śniadaniu na ganku, przyszła pora na pomiary i trudne przemyślenia na temat remontu domu. Do pracy jak zwykle zagrzewała mnie wiara moich rodziców. „Nie wierzę, że kiedykolwiek wyremontujesz ten dom, przecież i tak wszystko wydajesz na szybowce” podsumował moje zapędy Tato. Przypomniałam mu, że z równą wiarą podchodzili do moich planów zostania przeze mnie architektem… Mama postanowiła powiedzieć coś pozytywnego. „Przeprowadzisz się jak nas już nie będzie” ekhm znaczy na jakąś późną starość, bo zakładam optymistycznie, że pożyją przynajmniej do setki. Zastanawiam się jakim cudem ja tyle osiągnęłam w życiu – zapewne z wrodzonej przekory … Równocześnie mam od razu usprawiedliwienie dlaczego tylu rzeczy nie osiągnęłam. Cóż za idealne zaplecze wsparcia psychologicznego.


Sprawę podgrzały emocje. Okazało się, że moje przeczucia i sny niekoniecznie okazały się bezpodstawne. W ciągu dnia, odwiedziło nas dwóch panów w strojach roboczych, w roboczym samochodzie z przyczepką pełną złomu, którzy rzekomo zabłądzili w okolicy. W trakcie mojego tłumaczenia, po zapytaniu o drogę, jak mogą dojechać do wsi, panu wyrwało się, że on bardzo dobrze zna las i trafi. Znamy takich miłych panów z wakacji. Kiedyś próbowali nam o trzeciej w nocy sprzedać węgorze wchodząc w tym celu do naszego namiotu przy przyczepie.


Duże plany najlepiej zaczynać od małych kroków, zwłaszcza kiedy szybka wycena prac remontowych zrzuca z krzesła. Dużo lepiej wygląda podzielona na części. Żeby zacząć remont potrzebuję sto części. Taaaak...Czas na relaks. Niestety plany o moczeniu się w baseniku okazały się równie realne jak natychmiastowe rozpoczęcie remontu. Pomimo wybrania minimalistycznego modelu, wciąż barakuje wody do jego napełnienia. Liczyłam na nawałnicę, która pojawiła sie zza lasu, jak tylko napompowałam basenowe cudo, ale musiałoby tak lać chyba przez nastepny tydzień. 

 
Nie należę jednak do osób, które się poddają. Część drugą planu wypełniłam w trzystu procentach. Przegoniło mnie z hamaka dopiero całkowite oberwanie chmury. 



Najwazniejsze,  że w końcu po wnikliwym przeglądzie,  uzyskałam akceptację moich planów osoby decyzyjnej. 









Z tej nieprzyzwoitej radości wybrałam już piec kuchenny, będzie idealnie pasował do kuchennych mebli i stołu, które czekają na renowację w piwnicy. Zdjęcie firmy w której piec znalazłam 



*
*
*
epilog

eeeeeeee, czekaj czekaj... ile powiedziałaś, że będzie nas kosztował ten remont???? 


27 lipca 2016

Sprawdzanie marzeń

„Zaatakował” mnie ostatnio artykuł w „Twoim stylu” o wielkich  marzeniach i ich realizacji. Odebrałam go bardzo osobiście, bo tematem przewodnim było marzenie o własnym domu. Chociaż generalnie całość była o weryfikacji swoich planów i podejściu do ich realizacji, utkwił we mnie jeden tylko motyw – przekonywanie pani psycholog, że to marzenie o własnym domu to przykrywka, wszczepione ambicje, moda i generalnie pomyłka umysłu, którą im szybciej zweryfikujemy tym lepiej. Zdenerwowana okrutnie, rzuciłam gazetą. Czy ktoś mi tu chce coś wmówić, wytknąć moje zwlekanie z remontem i przeprowadzką? Życie nauczyło mnie, że jak coś bardziej zaboli, to znaczy że warto się temu przyjrzeć. Wypisałam fakty. Wygodę w mieszkaniu z wszystkimi mediami, dobry dojazd do pracy, blisko do przyjaciół. Odludna okolica mojego domu, w której można czuć się nieswojo, zwłaszcza wieczorami, o zimie nie wspominając. Trudny dojazd drogą lokalną przez las. Niezaprzeczalny fakt, że od 8 lat tylko mówię o przeprowadzce, ale nie rzuciłam całego życia, nie stanęłam na głowie, by zrobić w tym kierunku cokolwiek. Mam porównanie z miłością do szybowców… Pomyślałam, to pewnie prawda. Wcale nie chcę wyprowadzić się na wieś. Dobrze mi w mieście. Odświeżę mieszkanie, zrobię remont łazienki, a Niebieski pozostanie ładnym weekendowym domkiem. Ileż oszczędności czasu, nerwów, pieniędzy, które będę mogła przeznaczyć na latanie!  Z tego wszystkiego przyśnił mi się koszmar. Obok Niebieskiego powstała droga szybkiego ruchu, głośny zajazd, tłumy ludzi przewalały się przez mój trawnik!  Postanowiłam zrobić jeszcze jeden test z artykułu. Wyobrazić sobie dokładnie siebie w swoim wymarzonym domu i zobaczyć co widzę. Bo może widzę tam rodzinę, której nie mam, a może  siebie piszącą poczytną powieść ? Może jeszcze wiele innych rzeczy, które wydają mi się możliwe do realizacji  tylko tam? Najlepiej wyobrazić to sobie będąc na miejscu. Siedząc wieczorem bez prądu, bez bieżącej wody, paląc w kozie, żeby nagrzać wodę na kąpiel w misce. Wzięłam urlop. Spakowałam torbę.


Przyjechałam po całym dniu na lotnisku. Zmęczona, szybko położyłam się spać. W nocy śniły mi się koszmary. O tym, że ktoś odbiera mi mój zakątek, o budowie wielkiej drogi, hipermarketu i całego zła tego świata dokładnie właśnie w miejscu mojego domu. Walczyłam o niego jak lew. Obudziłam się przerażona nasłuchując odgłosów, przekonana, że za chwilę napadnie mnie stado złoczyńców. Zanim znów zasnęłam, pomyślałam, że koniecznie musze zaadoptować wielkiego psa. Rano uspokajałam się powoli, siedząc w oknie, jedząc śniadanie, chłonąc zapach skoszonej trawy. Promienie słońca rozganiały wszystkie mroczne myśli. Pozamykałam okiennice i popędziłam na lotnisko.


Wieczorem wracałam bocznymi drogami, wśród pól, lasów, obok jeziora z urokliwymi żeglarskimi przystaniami. Czułam, że wracam do domu. Do swojego miejsca na ziemi. Usiadłam w Niebieskim, w progu drzwi wejściowych, zasłuchana w wieczorny śpiew ptaków. Pijąc ulubioną yerbę, patrzyłam jak zachodzące słońce otula podwórko ustępując długim cieniom lasu. Szukając odpowiedzi, otworzyłam Pismo Święte. Pierwsze słowa które przeczytałam brzmiały „mądra niewiasta dom sobie buduje”. Zamknęłam oczy i zobaczyłam siebie mieszkającą w swoim domu. Wiosną w błocie. Latem z komarami. Jesienią w mroczne wieczory. Zimą odkopującą drogę. Biegajacą po rosie. Grzejacą sie przy kominku. Pozostało jeszcze jedno. Na podłodze ze starego linoleum narysowałam swoją wymarzoną kuchnię. Serce domu. 

25 lipca 2016

Zanim powiesz " nie dam rady"


Zwykle po lotnych dniach emocje same pisały w mojej głowie opowieść. Teraz wszystko co chciałabym napisać wydaje mi się banalne. Nie wiem jak opisać szczęście. Absolutne, wypełniające całego człowieka.
Różne myśli przechodziły mi przez głowę. Niedowierzanie, że latam. Wątpienie w swoje możliwości. Czasem nawet zastanawiałam się, czy nie oszukuję siebie, bo stres momentami bywał tak duży, że zakrywał radość latania. Mówiłam sobie wtedy, kobieto, co ty wyprawiasz, nie nadajesz się do tego, myślisz że to kochasz, a przecież czasem boisz się wsiąść do szybowca. Daj sobie spokój. Powiedziałam jednak – zrobię licencję, zrobię to dla siebie, dla mojego największego marzenia w życiu. 
Zaufanie
Wiem, że nie wierzę w siebie, nie doceniam. Słyszałam jednak od Instruktorów, że daje radę, ogarniam, myślę. Zaczynało lekko kropić, mała mżawka. Nigdy wcześniej nie latałam sama w deszczu. Właściwie nie latałam w deszczu w ogóle. Wsiadłam do szybowca. Pati podniosła kciuki do góry. Zaufałam im, nie sobie.
Poleciałam. Sama. Stres był, jeszcze większa koncentracja. Krople wody rozpływały się po kabinie szybowca. 
Zdziwienie
Nie chciałam wysiąść z szybowca. Nie dlatego, że coś powinnam, nie chciałam wysiąść, bo chciałam lecieć jeszcze raz z czystej radości latania. Poleciałam.
Fascynacja
Było jeszcze trudniej, mżawka przez moment stała się regularnym deszczem. Bocian schodził w dół  jak łódź podwodna. Zawróciłam do lądowania w połowie lotniska, nie miałam już wysokości żeby polecieć dalej. Byłam zachwycona. Tym, że sprawia mi to radość. Tym, że wiem co robię i dlaczego.
Determinacja.
Zaliczyłam termikę instruktorską. Instruktorzy z którymi latałam, rozjechali się na wakacje, do pracy, na zawody. Przekroczyłam swój mały prywatny Rubikon. Na własne życzenie „pozbawiłam się” obecności Instruktora w drugiej kabinie. Zostałam sama. Ze stadem galopujących myśli. Z naszą nową Instruktorką Pati .
Wytrwałość.
Wyprowadzania z korkociągów uczyłam się przed pierwszymi lotami samodzielnymi, ale było to rok temu. Pamiętałam, ale takie rzeczy warto przećwiczyć, bo ratują życie.
Koszmarnie gorąco. Mozolne wykręcanie się na odpowiednią wysokość pierwszy lot - nic z tego. Drugi, złapałyśmy komin. Zanim doleciałyśmy na 1200 m już miałam dosyć. „Nie nadaję się” huczało mi w głowie. „Nie dam rady” - kiedy w jednym z korkociągów za wolno zareagowałam, bo za dużo chciałam na raz. Powoli dopadał mnie ból głowy. Teraz albo nigdy. Czasem sprawy trzeba postawić sobie na ostrzu noża. Poleciałyśmy trzeci raz. Pierwszy, drugi, trzeci korkociąg… następny. Żołądek miałam w okolicach oczu, więc żadnych dodatkowych atrakcji nie było. Nie wiem która z nas żałowała tego bardziej. Pati jest szybowcową akrobatką. Zadanie zaliczone. Wiedziałam, że w razie „W” dam radę wyprowadzić szybowiec z korkociągu.
Motywacja
Kolejny dzień był jeszcze bardziej gorący. Niemrawe kłaczki snuły się nad lotniskiem. Raczej nie ma szans na moją termikę. „Nie dam rady”. W głowie miałam wizje powrotu do Niebieskiego Domku, napełnienia małego baseniku wodą, leżenia z dobrą książką i zimną lemoniadą. „Lepiej żeby się coś nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało” powiedziała Magda. Zostałam. Chociaż wizja Niebieskiego wciąż krążyła mi po głowie.
Zanim powiesz „nie dam rady”
Wiedziałam”, że hol za samolotem nie będzie dla mnie łatwy. Zaczęło być termicznie, a to oznacza że i samolotem i szybowcem będzie trochę szarpać. Przyzwyczaiłam się już jednak, że w lataniu jakoś niewiele rzeczy jest dla mnie łatwych, ciągle pod górkę. „Nie mam talentu”. Wsiadłam do szybowca. Trudno. Nie każdy jest orłem. Polecę po kręgu, oswoję się psychicznie, że zaczynam latać termikę. Start zespołu. Pilnuję się ogona samolotu. Trochę szarpie, ale właściwie nie zwracam uwagi. Wyczepiam się w pierwszym kominie. Na 600 m. Tyle mogłam zrobić dla swojej psychiki - moja graniczna wysokość na której czuję się komfortowo póki co. Odległość od lotniska – rzut beretem, ale fakt, że znajduję się poza kręgiem lotniskowym jest dla mnie przeżyciem. Krążę w 2 m/s, niezbyt dobrze wycentrowany komin, ale w głowie mam już głos Jacka „na początku nie centruj idealnie pierwszego komina jak jesteś nisko, ważne, że idziesz do góry” Trzymam więc maskę równo pod horyzontem. Rozglądam się, bo jestem blisko podejścia do pasa. Wysokość powoli rośnie. Na 800 metrach podejmuję ryzyko szukania kolejnego kłaczka. Na południu wypatruję miłego uśmiechniętego cumulusa. Najbardziej obiecującego w zasięgu. Prostuję w jego kierunku i zbliżam się powoli od nawietrznej. Wysokość topnieje… najwyżej nie dolecę, jestem blisko lotniska, mam gdzie lądować. Nagle zasysa mnie prąd powietrza. 2, 3, 4 m/s ...zakładam i zaczynam krążyć w powietrznej karuzeli. W euforii piszczę przez radio „4 m/s!”. Zniknęła cała moja niepewność. Przy kolejnym obrocie centruje komin lepiej, lecę do góry w 5 m/s. Teraz czuć, że to naprawdę „winda” i to bardzo szybka. „Bocian już w kosmosie” podobno powiedziała Pati, wypuszczając kolejny szybowiec na termikę. W pewnym momencie zamyka mi wariometr. To znaczy, że pędzę do góry z prędkością większą niż 6 m/s - takie kominy trafiają się rzadko! Na wysokości 1500 m, powoli noszenie spada do 2 m/s, to znaczy, że jestem blisko podstawy chmury. Mogłabym się jeszcze kręcić, ale mój cumulus razem ze mną odnoszony jest przez wiatr coraz bardziej nad Częstochowę, z dala od lotniska. Na niebie tylko nieliczne kłaczki i wielki błękit. Mogę nie mieć na czym wrócić. Pamiętam przestrogi Larsona. Porzucam więc przyjazną chmurę. Lecę pod wiatr do kolejnego kłaczka. Na górze kierunek wiatru jest inny, podlatuję wzdłuż lotniska. Niedaleko pode mną  błękitna wstążka Warty. Dalej jezioro Poraj i lasy.. a w nich mój Niebieski Domek.
Dołączają do mnie dwa szybowce. Magda w Puchaczu i Ada w Juniorze. Kręcimy z Magdą kolejne kominy. Raz wyżej ja, raz ona. W pewnym momencie krążymy na jednej wysokości, naprzeciwko siebie, możemy sobie pomachać. Pomiędzy kominami latam wokół lotniska i podziwiam widoki. Zniknęły wszelkie kłaczki. Pozostała nam bezchmurna termika. Podlatuję do naszych „lotniskowych dawców termiki” czyli zakładów, wyrobisk,  „wygryzionych” pól. Jak to zażartowała Pati, termika bezchmurna jest momentami zabawna. Lecisz i właściwie to czasem  nie wiesz co nosi i dlaczego. Od czasu do czasu, kiedy spadam na 800- 900 metrów myślę, chyba to już koniec rumakowania. Wtedy znajduje komin nad jakąś łachą piachu w trawie, wielkości dwóch samochodów i spokojne 2 m/s  windują mnie z powrotem w górę. Wytyczam sobie kolejne punkty do których chcę dolecieć, blisko, właściwie wokół płyty lotniska - bo co to jest 5 km zasięgu,  ale mam nieziemską frajdę i czuję się niemal jak zawodnik Grand Prix. W pewnym momencie łapię przebiegającą myśl w głowie – matko, a niewiele brakowało żebym zamiast latać siedziała w jakimś baseniku… przenigdy! Znikają wszystkie wątpliwości. Zostaje niezmącone niczym szczęście.
Półtorej godziny później Patka wywołała mnie do lądowania. Przezorność i doświadczenie Instruktora. Zmęczenie poczułam przy lądowaniu. Na ziemi fala endorfin wypełniła mi wszystkie zakątki umysłu.
Naprawdę myślałam, że nie nadaję się do latania i nigdy się nie nauczę ? Nie, to była jakaś pomyłka…