14 kwietnia 2015

Pierwsze lotne …

Sobota… nie jest dobrze …

Rano obudziło mnie gniecenie w skroni… znak że jest źle i może być dużo gorzej, yerba.. i trudna decyzja czy wziąć coś przeciwbólowego.. mam przecież latać … Zacisnęłam zęby.. przeleżę… Pakowałam rzeczy starając się nie ruszać głową zbyt intensywnie, wysłałam sms do swojego Instruktora, “będę pół godziny później”..  Czułam jak całe moje ciało błaga: “połóż się, połóż się.. “ ale na lotnisku czekał na mnie Mariusz, który przyjechał specjalnie, bo się z nim umówiłam na pierwsze loty ..parę kilometrów przed Niebieskim, rozwaliła sie na trasie ciężarówka.. ponad godzinę w pełzającym sznurze aut, spalinach i przypiekającym słońcu.. ja już nie żyłam.. Za przewężeniem pedał do deski, bo byłam spóźniona.

Resztkami sił przyjechałam na Kwadrat*, zdążyłam na końcówkę odprawy, świeże powietrze trochę pomogło.. jednak biłam się z myślami, a kolejka do mojego lotu topniała zbyt szybko. Nie chciałam odpuścić.. kiedy przyszła moja kolej, zapięłam spadochron i wturlałam się do szybowca..  było dobrze przez całe długie 3 sekundy zanim szybowiec ruszył.. To nie był pierwszy lot, w którym przepełniała mnie euforia, czułam każdym nerwem nawet najmniejsze drgnięcie szybowca, każdy lekki przechył rozrywał mi czaszkę, a każde wahnięcie w dół czy w górę przewracało wnętrzności do góry nogami. Modliłam się o koniec lotu. Na ziemi czekało mnie to najgorsze upokorzenie.. we własnych oczach.. musiałam wysiąść z szybowca i odmówić kolejnego lotu… Z podkulonym ogonem wracałam do portu, nie poddawałam się .. kawa z cytryną, cokolwiek, byle przestało boleć.. byle mieć czym zwymiotować…

Odpuściło dopiero wieczorem, po całym lotnym dniu, w którym starałam się skrupulatnie wypełniać chronometraż i listę lotów i nie myśleć, że moi koledzy  uczą się już na Kręgu*.. Tego dnia musiałam podjąć jeszcze jedną decyzję, zrezygnować z lotu i nie wsiąść do szybowca po raz drugi..Odjeżdżałam z lotniska po zmroku, ze świadomością, że gdybym do tego szybowca wsiadła sama.. nie wróciłabym na lotnisko…. Moja pierwsza wielka lekcja pokory… i cierpliwości.

Niedziela .. tak strasznie chce mi się spać …

Po sobotniej wieczornej naradzie, na której okazało się, że kurs podstawowy zrobił niestety niewiele lotów, nasi Instruktorzy zdecydowali, że w Niedzielę zaczynamy od 6 rano i latamy na dwóch szkolnych szybowcach przemiennie. Dla mnie oznaczało to jedno - pobudka po ciężkim dniu o 4 rano.. Dałam radę.. sama nie wiem jak… Znów w niedoczasie, zdążyłam na mycie szybowców, holowanie ich spod hangaru na miejsce lotów.

Transport szybowców na Kwadrat

DSC01580M

W głowie czaił się strach... zasiany poprzedniego dnia, a co jeśli znów będzie tak źle… ? Migrena nie przechodzi po jednym dniu… ale tego dnia nie czułam, że cokolwiek miałoby się  w mojej głowie rozkręcić.. Z ulgą jednak przyjęłam informacje, że przede mną leci mój kolega … Pół żartem, pół serio próbowałam sie jednak wykręcić, “ja tu tylko dla towarzystwa :)” “ dla towarzystwa to trzeba było wyjść za mąż za pilota” … no masz ci los, do końca życia  chyba mnie będzie prześladować ten dylemat... mąż pilot czy latać samej ? :P “ale wszyscy juz zajęci” pożaliłam się w kierunku Kwadratu .. los przybrawszy postać aż dwóch instruktorów na raz.. nie zostawił mnie za długo w takich dylematach i pchnął w kierunku kabiny … “Do maszyny, ale już” … żarty pomagają, kiedy paraliżuje strach… Nie da sie jednak za długo zamykać w strachu przez wyimaginowanymi niebezpieczeństwami, kiedy wokół pełno tych realnych.  Chwila zagapienia, ostry podmuch wiatru i kabina przytrzasnęła mi prawą dłoń..  nie zobaczyłam przed oczami  wszystkich pilotów akrobacyjnych na raz tylko i wyłącznie dlatego że od razu pomyślałam sobie jakim ja kurna cudem teraz wejdę do szybowca.. Wyzwanie, któremu wciąż jeszcze nie sprostałam.. nie wiem jak inni to robią ale wchodzą… i wychodzą, co gorsza równie zgrabnie..  ja po prostu wpadam.. jak kamień w wodę .. duży kamień w płytką wodę robiąc duże rozbryzgi.. Kwadrat udaje, że się wcale nie śmieje…

Tego dnia wiało koszmarnie i do tego szkwaliło… idealna pogoda żeby nabawić się choroby morskiej w wersji powietrznej. Zanim jednak dotarłam do tego momentu, nabrałam podejrzeń co do pełni władz umysłowych własnego Instruktora… Po starcie wyprowadził szybowiec na prostą i rzucił radośnie w moim kierunku “szybowiec jest twój teraz ty prowadzisz” … ŻE COOOOO?????  “Mariusz ale ja nie umiem”,   “no właśnie sie uczysz przecież” … no i zaczęła się jazda… Niech nie zmyli Was fakt, iż rzekomo szybowce to wytwór rąk ludzkich i jedynie konstrukcja… nic bardziej mylnego.. To małe sprytne, przebiegłe bestie, które zrobią wszytko, żeby sie przekonać czy nadajesz się aby dostąpić zaszczytu latania nimi … Podskakiwałam ze strachu przy każdym podmuchu, co chwile korygując prędkość, bo wciąż nie potrafiłam ustalić odpowiedniego ustawienia dzioba względem horyzontu, lot w górę …lot w dół .. utrzymanie szybowca ze skrzydłami równoległe do ziemi było dla mnie równie proste co lot na Marsa.. Kiedy już powoli wyrwałam się z katatonii i ogólnego paraliżu ciała trzymając drążek w locie “po prostej“ i oby was nie zmyliła oficjalna nazwa tego ćwiczenia, które polega na tym iż uczeń usiłuje lecieć mniej więcej w jakimś kierunku.. mniej więcej starając się nie lecieć w stronę przeciwną .. zwykle wykorzystując szeroki zakres busoli :P , czekała mnie ta ostatnia prosta i szalenie zabawny tekst “no staraj sie lecieć prosto na lotnisko”... Żeby to zobrazować powiem tyle... miejsce lądowania szybowców ma jakieś ..sto metrów szerokości .. próbowałam w nie trafić rzucając szybowiec to 50 metrów na prawo za daleko, to w lewo… “Maaaaariuuuuuusz pooooomóż miiiiiii” …. no nie bardzo niestety mógł pomóc, bo właśnie dusił sie ze śmiechu… pewnie by się gdzieś odturlał, ale nie ma za bardzo miejsca w kabinie …  Na szczęście po tym locie miałam przerwę techniczną, wsiadał kolejny uczeń..  mogłam pozbierać swoją zdruzgotaną psychikę.. o matko.. no nie spodziewałam sie że będę aż taką lebiegą.. aczkolwiek moja psychika jeszcze nie wiedziała co ją czeka..

Kolejna seria lotów, wsiadamy do Bociana*,  tajemnicze błyski w oku Mariusza zdradzały, że za chwilę usłyszę  coś co znów mną wstrząśnie … “Będziemy  uczyć sie teraz zakrętów” … wiedziałam, że nie ma sensu protestować .. sama chciałam…  nie było szans na ratunek pod tytułem “teraz latają piloci na termikę” .. wszyscy chodzili  smętni.. niebo pokryło się sporą warstwą chmur, zachmurzyło, wiało i  kolejne jednostery* wystrzeliwane w powietrze wracały po nieudanych próbach poszukiwania noszenia. Przed nami wystartowała para szkoleniowa na Puchaczu, przyszła nasza kolej, podczepienie liny, start, wyczepienie liny …i…… “Skubany, ma komin ! Lecimy tam”  entuzjazm  zza moich pleców buchał pełną parą … Nawet za bardzo nie musiałam sterować, więc napawałam sie przyjemnością bycia pół pasażerem :) Nie tak łatwo jednak dołączyć do kolegów w szybowcu .. Mariusz znalazł pośredni komin*, wykręciliśmy się nieco wyżej, z zapasem wysokości zaczęliśmy “gonić” Puchacza. Wlecieliśmy we wspólny komin, krążąc w dwa szybowce razem z prawdziwym bocianem… zaczynałam czuć magię latania.. i wtedy  … “ a teraz ty latasz w kominie, stery są twoje” .. no rzesz…. Komin skończył się na 800 metrach  i polecieliśmy szukać szczęścia dalej, dwa szybowce w szyku  skrzydło w skrzydło bujaliśmy się między cumulusami … jedna z najpiękniejszych chwil… niestety trzeba było się wziąć za dalszą naukę.. Puchacz zrobił wdzięczne odejście, a ja znów musiałam skupić się na sterach .. zakręt o 90 stopni w lewo.. zakręt o 90 stopni w prawo.. a teraz lecisz pod tamta ciemną chmurę.. no po prostu … ale nic nie przebije zakrętu o 180 stopni czyli zawracania.. . po całej serii pojęcia nie miałam gdzie jestem  i dlaczego.. marzyłam tylko o tym żeby stanąć na ziemi która się nie rusza.. dopadła mnie choroba lokomocyjna… Z kolejnej serii lotów zrobił się tylko jeden lot.. znów z podkulonym ogonem wracałam na Kwadrat, schowałam się w listy chronometraży przed pytaniami dlaczego wysiadłam z kabiny… Wdzięczna swojemu Instruktorowi, który okazał pełnię zrozumienia, chociaż zawód na jego twarzy był wyraźny.. .jemu też przepadała kolejka do lotu .. teraz kiedy obudziło się noszenie…

Pół litra yerby i tona jabłek … mój sposób pomocy ratunkowej i znów siedziałam w szybowcu :). To nie było moje ostatnie zdanie… :). Ustaliliśmy z Mariuszem, że nie, żadnej termiki, tylko ćwiczenia… żeby znów mnie nie zmuliło.. ale chyba jesteśmy po tych samych pieniądzach, zaraz za startem podniosło nas do góry i to ja powtarzałam … komin, komin, komin… Mieliśmy tysiąc metrów !, napłynęło arktyczne powietrze widoczność ponad sto kilometrów … nad nami przyjazne cumulusy i cały świat stał otworem… Romantyzm latania  kończy się na ziemi… rozentuzjazmowana lotem, energicznie wysiadałam z szybowca.. wstałam, kabina Bociana opadła na dół, więc przełożyłam po prostu nogę przed burtę, oparłam stopę na ziemi… uwolniony od ciężaru dziób szybowca poleciał w górę podbijając mi druga nogę.. no cóż. .teraz już wiem jak wyskakuje się z szybowca… :P leżałam na ziemi jak długa i turlałam się ze śmiechu… razem z całym Kwadratem …

Pomimo starań... cóż znów mnie przymuliło.. ale przyjęłam to na klatę… trudno, zrobię kolejną przerwę.. męczyła mnie jednak myśl.. jak zostanę pilotem akrobacyjnym, kiedy każdy przechył szybowca, każda zmiana pochylenia, każdy zakręt doprowadza mnie i moje ciało do histerii ? , a co jeśli ja się do tego nie nadaję… ? Siedziałam przygnębiona na Kwadracie… podszedł do mnie kolega … “wiesz, mnie też muli tam na górze, ale damy radę” … koleżanka, którą podziwiałam jak lata.. .”wiesz ja robiłam podstawówkę dwa razy dłużej niż moi koledzy” … Znów zaświeciło słońce...

“Mariusz! Puchacz wolny ?” “Wolny” “To lecimy“

Chwila relaksu w oczekiwaniu na liny, przed ostatnim lotem

DSC01584M

Walczyłam z szybowcem i ze sobą, ale czułam, że coraz lepiej czuję się na górze, że zaczynam rozumieć co robię, widzę własne błędy, uczę się… Instruktor postanowił wykorzystać ten mój lepszy moment..   “teraz startujesz sama a ja kontroluję i zaczynamy sie uczyć startów  i lądowań ” .. o nie.. .to było już za wiele dla mnie zmaltretowanej, co innego  zakręty, prosta, dolatywanie do lotniska.. ale start, lądowanie ??? Do tej pory po prostu nie przeszkadzałam w czasie tych manewrów i już, po paru lotach mam zacząć robić to sama???? …nie nie czułam się za nic gotowa…. Tym razem Mariusz odpuścił.. . ale … “Ty mi nie ufasz prawda? “. To był chyba  najdłuższy krąg lotniskowy. . .są zdania które wiercą dziurę w brzuchu bardziej niż wszystkie przeciążenia ujemne i dodatnie razem wzięte z zakrętami … Dolatywaliśmy na prostą do lądowania.

“Mariusz..  ja ląduje ty kontrolujesz” i chwyciłam stery z pełną świadomością...Zaczęłam się uczyć manewru lądowania :)))))

 

xxxxxxxxxxxx

* Kwadrat – miejsce operacyjne przy którym startują ( i lądują) szybowce za wyciągarką, zbierają się tam wszyscy piloci, instruktorzy i uczniowie, odpalają radiostację, rozkładają tonę papierów,  foteliki, kocyki i pomiędzy wypuszczaniem do startu kolejnych szybowców prowadzą życie towarzyskie , starannie pilnując żeby się załapać na latanie i nie przegapić swojej kolejki … ;)

Krąg – wbrew nazwie jest wpisany w prostokąt, manewr który się robi szybowcem przed lądowaniem , jeśli wszystko gra,  złożony z czterech prostych i czterech zakrętów, przy  uczeniu się robi się krąg  lotniskowy – pierwsza prosta to prosta startu i równocześnie po ostatnim zakręcie jest prostą do lądowania, uczniowie na kręgu uczą się startów,  lądowań i sterowania szybowcem

Bocian,Puchacz –nazwy typów szybowców, ponieważ u nas lata tylko po jednym szybowcu  z tego typu na raz traktuje się te nazwy trochę jak nazwy własne szybowca , są to szybowce wykorzystywane do  szkolenia ponieważ są dwumiejscowe – dwustery

Komin – miejsce w którym prąd ciepłego powietrza od ziemi unosi się w górę, przy okazji unosząc wszystko co ma skrzydła , np ptaki i szybowce :P  ,jak się tworzy i na czym polega, odsyłam do źródeł i meteorologii 

Jednoster- w przeciwieństwie do dwusteru ,szybowiec jednomiejscowy, wiadomo –dla osób które już latać potrafią :)

1 komentarz:

  1. Jesteś silna. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Przy bólu głowy ja się często poddaję, uciekam zupełnie i przy takim weekendzie, zrezygnowałabym z jakichkolwiek zajęć, żeby tylko mieć spokój. Chyba że nie mogłabym tego zrobić, bo wiązałyby się z tym konsekwencje, których lepiej byłoby uniknąć (np. bumelka w pracy).
    Ale cieszę się, że się nie poddałaś przygnębieniu i rozpaczy, że nic nie chce wychodzić tak, jak się tego spodziewałaś. Że wytrwałaś, przetrawiłaś pierwsze niepowodzenia i wyciągając z nich wnioski, poszłaś o parę kroków dalej. Teraz już będzie na pewno tylko łatwiej ;)
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń