30 czerwca 2015

Coś się kończy coś się zaczyna :)

 Ostatnie loty i uwagi spowodowały, że postanowiłam zapanować nad moimi nieuświadomionymi brakami w wiedzy, przez cały tydzień powtarzając zasady pilotażu i układając chaos w głowie. Znów szybko zbliżał się weekend, poszukiwania auta trwały, a ja wciąż bez transportu. Wyjazd na lotnisko stanął pod znakiem zapytania. Nie miałam od kogo pożyczyć auta, ani z kim się zabrać, im więcej przeszkód tym bardziej stawałam się zdeterminowana. Postanowiłam wypróbować PKP, bo połączenia wydawały się być przyzwoite. Z dworca w Rudnikach, miałam niecałe 2 km, idealny dystans na poranny spacer.  Budząc szare komórki, co chwilę spoglądałam w niebo, lecz ku mojemu zdziwieniu, nic nie latało mi nad głową, a powinno, bo pora była późna. Właśnie wychodziłam spośród pól i łąk na lotnisko, kiedy nad głową przeleciało mi coś dużego, żółtego i zdecydowanie nie był to szybowiec. Zastawiałam się czy będzie próbowało wylądować dokładnie na mnie, ale wysokość nie sugerowała, więc szłam dalej. Po chwili zza bujnej kukurydzy wyłoniła się reszta lotniska i okazało się, że pilot i owszem jednak próbował lądować, tyle że w miejscu nie przeznaczonym do lądowania dla samolotów, gdzie na płycie stały dwa szybowce i stado paralotni. W ostatniej chwili ominął całe towarzystwo, wylądował tuż za Kwadratem, po czym jak gdyby nigdy nic pojechał w poprzek pasa startowego do hangarów… Tego dnia najwyraźniej panował  niekorzystny biometr ;)
IMG_20150701_092952IMG_20150701_092725
Na kwadracie panowała niemrawa atmosfera, właściwie wszyscy coś robili, ale niewiele z tego wynikało. Niby słonecznie, a całe niebo pokryte chmurami, niby ciepło ale wilgotno… front atmosferyczny… Z racji, że byłam późno, moja kolejka do lotów była gdzieś w kosmosie, więc kiedy w końcu zaczęły się loty, równie “energicznie” co reszta, zabrałam się za pomaganie. Najpierw zerwała się jedna lina… potem druga, w dodatku dość wysoko, wyczepiona z szybowca końcówka ze spadochronikiem wylądowała w gęstym zbożu i ekipa szukała jej przez pół godziny… Potem niefortunnie w czasie transportu obie liny nałożyły się na siebie, o czym nie wiedzieliśmy. Kiedy szybowiec ruszył, wyciągarka pociągnęła również drugą linę. W porę zauważony problem, pilot szybowca od razu lądował, ale liny pocięły się obie na raz, w dodatku  w dwóch miejscach każda… Czekając na ponowne splecenie lin, snuliśmy  opowieści o przelotach, wymienialiśmy się wieściami z zawodów, przytaczaliśmy anegdotki, a czas uciekał…
IMG_20150701_092817IMG_20150701_092650
 W końcu doczekałam się swojego wznawiającego lotu z Instruktorem. Nie najpewniej czułam się w tej atmosferze, więc kilka głębokich oddechów i lecę. Na pierwszym zakręcie usłyszałam, że proszę jak dobrze latam, a w to nie wierzę, o… jaki idealny zakręt… no był idealny bo właśnie zdążyłam go poprawić… Uwaga zatkała mnie na tyle, że kolejny zakręt wzięłam ostro, ciasno, na dużych prędkościach i z dużym przechyleniem, bo się zagapiłam i przeleciałam miejsce w którym chciałam zakręcić… Instruktor filozoficznie stwierdził, że najwyraźniej potrzebowałam zaprezentować, że tak też potrafię latać… zaczęłam się tłumaczyć, przeleciałam znaki, pozycję z wiatrem zgłosiłam daleko w ciepłych krajach… i weź tu człowieku próbuj kobiecie dodać pewności w lotach… :)))))
 IMG_20150701_092555
Wracając z szybowca na Kwadrat, usłyszałam dobitnie, że bardzo dobrze latam i szkoda żebym się marnowała latając po kręgu, i nie są to uwagi, w celu dodania mi otuchy i pocieszenia mnie… mrmrmrrmr.. tak do mnie mów… chociaż i tak ciężko mi w to uwierzyć :)))))
 IMG_20150701_092918
Nie leciałam kolejnego lotu od razu, bo termika zaczynała się budzić, a kilka osób na nią czekało. Za to sporo było okazji do wymiany własnych spostrzeżeń i doświadczeń, co idealnie uzupełnia informacje od Instruktorów i te wyczytane w różnych źródłach. Nie bez znaczenia jest fakt, że omijam wtedy stres nie pytając się po raz milion jedenasty Instruktora o to samo :P
Wokół lotniska chmury zmieniały  konfiguracje, pojawiły się i deszczowe, warunki nie umiały się zdecydować jakie chcą być i w pewnym momencie wiatr który od jakiegoś czasu wiał nam całkiem w poprzek startu, odwrócił się i zaczął wiać od tyłu.  Przestawiać startu nie było sensu, wiatr nie był zbyt mocny  i zachodziła obawa, że za chwilę znów się odwróci, co zdarzyło się nam ostatnio i przestawialiśmy się dwa razy… Mariusz stwierdził, że w takich warunkach mnie nie puści na lot samodzielny, mnie zaczynała się migrena i kurczył czas do odjazdu pociągu… Pogodziłam się z faktem, że dzisiaj już nie polecę… Wtedy wtrącił się los  o mieniu Robert :)  Dowiedziawszy się, że tak naprawdę brakuje mi tylko jednego lotu, postanowił nie odpuszczać… Podszedł do mnie i powiedział przekonywującym głosem: “Zawiozę Cię na dworzec, ale teraz polecisz”… Osłupiałam, nie miałam siły się przestawiać teraz na lot, więc zajęczałam rozdzierająco… “Robert, ale mnie głowa boli” … “gdzie Cię boli głowa, jak się uśmiechasz? :P“. No fakt w porównaniu do tego jak mnie czasem boli, to rzeczywiście czułam się jak młody bóg… spróbowałam inaczej “ale jest porywisty tylno-boczny wiatr”…  niestety w tym momencie oboje spojrzeliśmy na rękaw, który najwyraźniej postanowił przestać współpracować i wisiał nieruchomo w postaci wymiętolonego flaka, ewidentnie obwieszczając brak jakiegokolwiek wiatru. “Znów słońce mnie będzie radzić”… ale Robert użył swoich mocy Jedi “Lecisz dzisiaj ten lot”…  Zrobiłam wielkie oczy i poleciałam…
 IMG_20150701_092041
Lot jak lot, średnio go sobie rozplanowałam, niby na dole nie wiało, ale na górze już tak idealnie nie było, zastanawiałam się czy przy lądowaniu będzie mi wiać w ogon, w sumie okazało się że nie, ale z wysokościami nie za dobrze się ustawiłam, na prostej widziałam przelot… Nagle się uspokoiłam i powiedziałam sobie w nosie to mam!  Nie będę lecieć dziobem stromo w ziemie, dusić na siłę lądowania żeby dwa metry za daleko nie przyziemić… lotnisko wykoszone, jest gdzie lądować, najwyżej od razu wskoczę na kawę przy wyciągarce :P.  Tego mi było trzeba. Idealnie nie było, ale pierwszy raz na spokojnie przymierzyłam się do lądowania, łagodnie podprowadziłam szybowiec do załamania, bez szarpania za stery, a potem leciałam na wytrzymaniu, jak mi się wydawało całe wieki i wreszcie poczułam o co chodzi  z tym dobieraniem drążka… szybowiec spokojnie wytracił sobie prędkość i wysokość i delikatnie puknął kółkami o ziemię… Z wrażenia przez moment nie otwierałam hamulców, możliwe, że sugerowałam się wciąż chęcią dojechania pod wyciągarkę :P. Zanim wysiadłam z szybowca, potrzebowałam chwilę żeby do mnie dotarło… matko i córko nauczyłam się lądować!!!
IMG_20150701_091909
Koledzy którzy przyjechali  po szybowiec traktorem, na pytanie jak wrażenia z lądowania, przytaknęli, że pozytywnie i wreszcie poczułam się z siebie dumna :))) Na Kwadracie była radość, gratulacje, bo właśnie zaliczyłam podstawówkę i uzyskałam 3 klasę wyszkolenia… Zdjęć z lotów niestety nie miałam żadnych, bo cały Kwadrat w emocjach oglądał mój lot i  lądowanie. Najwyraźniej oto rozpoczęła się moja kariera pilota pokazowego :P
IMG_20150701_091728IMG_20150701_093122
Niestety pociąg nie chciał czekać, w takiej chwili musiałam rzucić wszystko i jechać… w pośpiechu zapomniałam zrobić jeszcze jakiegoś miliona rzeczy, a i tak  Robert odwiózł mnie do Częstochowy, bo do Rudnik nie miałam szans zdążyć.
IMG_20150701_092304
Wracałam pociągiem, ale duszą byłam daleko, lecąc gdzieś pod szlakiem cumulusów…

4 komentarze:

  1. Gratulacje, bardzo pięknie i zachęcająco o tym niecodziennym wyczynie opowiedziałaś:o) Serdecznie Cię pozdrawiam - Ziemianka - Alka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ! Bardzo mi miło kiedy podobaja się moje opowieści :)

      Usuń
  2. Gratulacje! dzieki twojej opowiesci wzniosłam sie ponad chmury!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło z tego powodu i dziekuję za gratulacje ! A wznieść się może nie ponad chmury, ale przynajmniej na 300 metrów można u nas w Aeroklubie na życznie, bo sa prowadzone loty zapoznawcze :D

      Usuń